fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Dane gospodarcze

Czy w domu jest ktoś dorosły?

Fotorzepa/Grzegorz Hawalej
Wśród ekonomistów i prezesów firm panuje poczucie, że gospodarki – zwłaszcza rozwinięte – dryfują poprzecznie, być może nawet po pijanemu, w stronę kolejnego roku co najwyżej mizernego wzrostu.

Maurice Obstfeld, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, opisując miejsce, w jakim znajdują się bogate kraje niemal 10 lat po najgorszej zapaści finansowej od czasu Wielkiego Kryzysu, powiedział: „Kryzys pozostawił nam mieszaninę wzajemnie powiązanych legatów – wysokie zadłużenie, trudne kredyty w bankowych bilansach, presję deflacyjną, niskie inwestycje oraz erozję kapitału ludzkiego – które w dalszym ciągu negatywnie wpływają na poziomy potencjalnych inwestycji".

Na czym polega problem? Lata rozczarowującego wzrostu wywołały obawy, że to, z czym obecnie mamy do czynienia, jest nową normalnością, a banki centralne nie mają pojęcia, jak tę sytuację naprawić. Pesymistycznie nastawieni konsumenci powstrzymują się z wydatkami, a firmy przestały inwestować w budynki, sprzęt czy oprogramowanie. Ich wstrzemięźliwość dodatkowo pogarsza sprawę, a jedno rozczarowanie rodzi kolejne.

Tak właśnie przez ponad 20 lat działo się w Japonii, gdzie teraz premier Shinzo Abe na wszelkie sposoby usiłuje wykorzenić deflacyjną mentalność. To wyjaśnia też, dlaczego wyborcy w Wielkiej Brytanii, odrzucając rady większości ekonomistów i własnego premiera, wybrali wyjście z Unii Europejskiej. Odpowiada także za erozję poparcia dla wolnego handlu i otwartych granic na kontynencie europejskim. Tłumaczy również fenomen Donalda Trumpa, którego głównym przesłaniem jest hasło, że elity zawiodły społeczeństwo.

W krajach funkcjonujących poniżej swoich możliwości wytwórczych przyspieszony program wydatków infrastrukturalnych mógłby w 2017 r. wygenerować wzrost gospodarczy i nowe miejsca pracy. Ale wyborcy nie poprą zwiększenia wydatków, jeśli nie będą mieli zaufania do swoich przywódców i jeśli będą skupiali się wyłącznie na kosztach projektów, a nie długofalowych korzyściach – czystej wodzie, bezpiecznych mostach i tunelach itd. Stany Zjednoczone są blisko pełnego wykorzystywania swoich mocy produkcyjnych, co jednak nie powstrzymuje wyborców przed akceptowaniem Trumpa wraz z jego przekonaniem, że zerwanie umów handlowych i wprowadzenie zaporowych taryf przyspieszy wzrost i zwiększy liczbę miejsc pracy. Twierdzi on, że USA powinny być w stanie rozwijać się w tempie 4 lub 5 proc. rocznie, a nie jak obecnie w tempie 2 proc. Jest jednak pewien problem: protekcjonizm w handlu może doprowadzić do niższego wzrostu, ponieważ podniesie koszty importu i zmusi partnerów handlowych do retorsji, czyli wprowadzenia barier dla amerykańskiego eksportu.

W przypadku wielu gospodarek wschodzących prognozy na 2017 r. mówią o wzroście, a nie o dryfie. W Indiach zapowiada się trzeci z rzędu rok najszybszego tempa rozwoju, jakie można odnotować wśród największych gospodarek – MFW prognozuje skok produktu krajowego brutto o 7,6 proc. Wspierany niskimi cenami ropy naftowej Bank Rezerw Indii skutecznie zredukował inflację do ok. 5 proc. rocznie, z poziomu niemal 11 proc. jeszcze w 2013 r. Premier Narendra Modi przeforsował przyjęcie prawa upadłościowego, które przyspieszy rozwiązywanie niewypłacalnych spółek, a także krajowego podatku od sprzedaży, który, zastępując gąszcz danin stanowych, ułatwi handel pomiędzy poszczególnymi regionami. Nowy podatek ma wejść w życie w kwietniu. Indie, które wkrótce na liście najludniejszych państw świata wyprzedzą Chiny, są dowodem na to, ile można osiągnąć przy odpowiedniej polityce. Kraj ten wciąż ma wiele problemów, ale wydaje się, że – przynajmniej na razie – jest rządzony dużo lepiej niż wiele bogatych państw.

– To rzecz bez precedensu, aby rynki wschodzące były postrzegane jako bardziej przewidywalne politycznie od krajów rozwiniętych – mówi Isabelle Mateos y Lago, główny strateg w BlackRock Investment Institute.

Chiny, których tempo rozwoju jeszcze niedawno wyprzedzało Indie, mają twardszy orzech do zgryzienia, ponieważ faza hiperwzrostu zbliża się ku końcowi. MFW prognozuje na 2017 r. 6,2 proc., w porównaniu z 6,6 proc. w roku bieżącym. Prezydent Xi Jinping stara się odejść od wzrostu napędzanego inwestycjami kapitałowymi przedsiębiorstw, wydatkami infrastrukturalnymi i eksportem, a zastąpić rozwojem napędzanym wydatkami konsumenckimi. To dobra wiadomość dla krajów azjatyckich produkujących kupowane przez Chińczyków towary, ale zła dla firm europejskich, japońskich i amerykańskich, które sprzedają chińskim producentom nowoczesny sprzęt i maszyny.

W przypadku Chin największym znakiem zapytania w nadchodzącym roku będzie to, co Xi zrobi z juanem, który niedawno osłabił się do najniższego od sześciu lat poziomu. Chiny, aby uniknąć kolejnej fali panicznej ucieczki kapitału, muszą powstrzymać walutę przed niekontrolowanym spadkiem. Ale Xi, mając nadzieję na ożywienie gospodarki przed zaplanowanym na jesień 2017 r. Zjazdem Komunistycznej Partii Chin, może być zainteresowany dalszym osłabieniem waluty, co Państwu Środka zapewni przewagę, natomiast zaszkodzi wzrostowi u ich partnerów handlowych.

Ale Chiny mają przynajmniej plan zajęcia swojego miejsca na arenie światowej, czego nie można powiedzieć o krajach bogatych, które dryfują niepewne, jaki kierunek należy obrać, aby odbudować wzrost, oraz jak zagwarantować, że wszystkie grupy społeczeństwa będą dzielić owoce tego wzrostu. Nowy prezydent Stanów Zjednoczonych będzie musiał wznowić negocjacje z 12 krajami Partnerstwa Transpacyficznego, co może zburzyć misternie zbudowany pakt handlowy. Nowy rok przyniesie także odpowiedź, czy premier Theresa May nadal będzie kierować Wielką Brytanię w stronę „twardego" wyjścia z UE, co oznaczałoby zerwanie więzi handlowych i inwestycyjnych w zamian za uzyskanie autonomii w kwestiach imigracji i regulacji. W październiku MFW obciął swoją przyszłoroczną prognozę wzrostu Wielkiej Brytanii o połowę, do 1,1 proc., jako główny powód podając zamieszanie związane z Brexitem.

Nadchodzący rok to także wybory we Francji, w której w wyścigu prezydenckim startuje prawicowa populistka Marine Le Pen, oraz w Niemczech, które znajdują się pod coraz większymi naciskami zredukowania ogromnej nadwyżki handlowej. Niemieccy politycy mówią kolegom w innych krajach europejskich, aby nie stymulowali swoich gospodarek za pomocą wydatków rządowych, ale same rozwijają się kosztem tychże krajów. W świecie, który posiada więcej mocy przerobowych, niż jest to potrzebne, niemiecka nadwyżka eksportu nad importem zmusza do zamykania fabryk w krajach, które wykazują deficyt handlowy. Niemiecka nadwyżka na rachunku obrotów bieżących w II kwartale 2016 r. wyniosła 9 proc. PKB. To wywołało krytykę ze strony byłego już premiera Włoch Matteo Renziego. – Podkreślanie konieczności zaciskania pasa oznacza niszczenie Europy – powiedział 20 września w Council on Foreign Relations w Nowym Roku. – Co to za kraj, który czerpie korzyści z takiej strategii? Ten, który najwięcej eksportuje: Niemcy.

Nie zmieni się rola Stanów Zjednoczonych jako największej gospodarki świata i nabywcy ostatniej szansy. MFW prognozuje, że w 2017 r. amerykańska gospodarka przyspieszy w tempie 2,2 proc. Mediana prognoz ekonomistów zapytanych przez Bloomberga również podaje liczbę 2,2 proc. Najwyższa – 3,4 proc. – pochodzi z Parsec Financial Management; najniższa – 0,4 proc. – z Prestige Economics.

Rezerwa Federalna zakłada, że wzrost gospodarczy w Stanach Zjednoczonych będzie na tyle silny, aby usprawiedliwić trzy podwyżki stóp procentowych, które miałyby nastąpić od teraz do końca 2017 r. Wg mediany prognoz osób głosujących w Fed stopa funduszy federalnych powinna na koniec 2017 r. wynieść nieco ponad 1 proc. Być może jest to nazbyt optymistyczne. Inwestorzy, którzy rok po roku obserwują przeszacowane prognozy Fedu dotyczące wzrostu i stóp procentowych, sądzą, że do końca roku stopa funduszy federalnych nie przekroczy 0,8 proc.

– Maszyna napędowa amerykańskiego wzrostu pluje i bulgocze – ostrzega Robert Johnson, prezes Institute for New Economic Thinking.

Słaby wzrost gospodarczy powinien w 2017 r. uwolnić nieco ceny ropy naftowej. W styczniu cena ropy Brent spadła do 28 dol. za baryłkę. W październiku, po tym, jak kraje OPEC na posiedzeniu 28 września w zasadzie porozumiały się co do ograniczenia produkcji, a prezydent Rosji Władimir Putin 10 października zadeklarował współpracę, cena skoczyła do 52 dol. Ale przy słabym światowym popycie na rynku znajdują są zbyt duże ilości ropy, a to zachęca producentów do obniżania cen i walki o udział w rynku. Dobrą informacją jest to, że zachowanie rynków terminowych sugeruje, że ropa Brent zakończy 2017 r. nieco powyżej poziomu, na którym znajduje się obecnie. Cena złota, najlepszego zabezpieczenia przed inflacją i zawirowaniami politycznymi, ma w 2017 r. utrzymać się na stałym poziomie oscylując nieco poniżej 1,3 tys. dol. za uncję.

Przewiduje się, że w tym i w nadchodzącym roku obroty światowego handlu wzrosną w najwolniejszym tempie od czasu kryzysu finansowego – to wszystko przez wszechobecne rozczarowanie.

– Linia podziału biegnie między ludźmi, którzy sądzą, że przyszłość to nadzieja, a tym, którzy uważają ją za pułapkę – powiedział włoski premier Renzi w czasie wizyty w Nowym Jorku.

– Pojawia się ryzyko zamiany powolnego wzrostu w kryzys – dodaje dziekan Columbia Business School Glenn Hubbard.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA