fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Daesh

Bliski Wschód: Ostatnie miesiace kalifatu tzw. Państwa Islamskiego

Amerykański patrol w Kokdżali na przedmieściach Mosulu. Amerykanie pojawili się w granicach tego irackiego miasta 2 listopada.
PAP/EPA, Ahmed Jalil
Po wyborach w USA czas na rozstrzygnięcia w Syrii. Władimir Putin jest już przygotowany od dawna.

Paradoksalnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie nie odgrywały większej roli w kampanii wyborczej, mimo że właśnie teraz dochodzi tam do decydujących rozstrzygnięć zarówno w wojnie domowej w Syrii, jak i w zmaganiach międzynarodowej koalicji z samozwańczym państwem islamskim.

Trwa ofensywa na Aleppo syryjskich sił rządowych wspomaganych przez oddziały irańskich Strażników Rewolucji oraz rosyjskie lotnictwo. Ich celem jest zdobycie wschodniej części miasta opanowanej przez umiarkowaną antyasadowską opozycję oraz dżihadystów wywodzących się z Al Kaidy. Upadek Aleppo, niegdyś stolicy gospodarczej Syrii, oznacza początek końca ponadpięcioletniej wojny domowej i zwycięstwo prezydenta Asada. I sukces Władimira Putina.

Tym większy, że w zasięgu ręki wydaje się być klęska dżihadystów z samozwańczego tzw. Państwa Islamskiego. Bojownicy syryjskiej opozycji wspomagani przez amerykańskich doradców, syryjskich Kurdów oraz Turkmenów zdobyli właśnie jedną z ważnych strategicznie wiosek 40 km od Rakki, stolicy samozwańczego kalifatu.

Równocześnie zamyka się pierścień okrążenia wokół Mosulu, twierdzy dżihadystów w Iraku. Trudno sobie wyobrazić, aby siły koalicji złożonej z armii irackiej oraz kurdyjskich peszmergów wspomagane przez szyickie milicje marzące o zemście na sunnickich dżihadystach z samozwańczego kalifatu nie były w stanie zdobyć Mosulu.

Tym bardziej że w rzeczywistości dowodzą całą operacją doradcy amerykańscy, a lotnictwo USA niszczy dżihadystów z powietrza. – Będzie to ukoronowaniem prezydentury Baracka Obamy. Ma jeszcze trzy miesiące do połowy stycznia, kiedy nastąpi oficjalne przekazanie władzy – tłumaczy „Rzeczpospolitej" prof. Efraim Inbar z uniwersytetu Bar Ilan w Jerozolimie.

Był to także dobry początek dla trzeciej kadencji Obamy, jak określa się czasami w Waszyngtonie prawdopodobną prezydenturę Hillary Clinton. To ze względu na bezprecedensowe wsparcie udzielone kandydatce demokratów.

Postępy ofensywy na Mosul śledzi z uwagą Kreml. – Putin przyśpieszył operacje w Syrii na wypadek wygranej Hillary Clinton, która jest znacznie bardziej nieprzejednana wobec Rosji niż Donald Trump – zwraca uwagę „Rz" Gunter Mulack, szef Niemieckiego Instytutu Orientalnego i były ambasador w Syrii. Jego zdaniem w wypadku wygranej Clinton Moskwa wznowi bombardowania Aleppo, nie licząc się z ofiarami wśród ludności cywilnej.

Rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa zapewnia, że w Mosulu trwa „średniowieczna rzeź", której dokonują zarówno dżihadyści, jak i siły koalicji, ludność cywilna zaś jest w znacznie gorszej sytuacji niż w Aleppo. Trudno mieć wątpliwości co do tego, że po takich słowach wschodnie Aleppo zamienione zostanie w stertę gruzów. Specjalny wysłannik ONZ do Syrii Staffan de Mistura już miesiąc temu ostrzegał, że nastąpi to do końca tego roku.

– Wygrana Clinton oznaczać będzie wznowienie bombardowań Aleppo przez Rosjan niemal natychmiast po zakończeniu głosowania – przekonuje Gunter Mulack.

Zdaniem brytyjskiego „Guardiana" to właśnie jej oceny sytuacji w Syrii w czasie kampanii wyborczej skłoniły Putina do pośpiechu. Na Kremlu pamięta się, że to Hillary Clinton, będąc sekretarzem stanu, przekonała Obamę do zaangażowania się USA w Libii, była twarda wobec Iranu, rozbudowując system sankcji i od samego początku wojny domowej w Syrii zabiegała o dostawy amerykańskiej broni dla zbrojnej opozycji. Ostatnio forsowała pomysł wprowadzenia zakazu lotów samolotów bojowych nad Aleppo, co mogłoby doprowadzić do konfrontacji lotnictwa USA z maszynami rosyjskimi.

Trump miał inny pomysł porozumienia z Asadem i Putinem oraz wspólnych amerykańsko-rosyjskich nalotów na pozycje dżihadystów. Znamienne, że nie krytykował rosyjskich bombardowań Aleppo. Niewykluczone, że jest, podobnie jak Putin, przekonany, iż bombardowania te usprawiedliwia obecność we wschodnim Aleppo około tysiąca bojowników Frontu Fatah asz-Sham, uznanego za organizację terrorystyczną, także przez USA. – W Aleppo nie ma umiarkowanych bojowników – oznajmił niedawno prezydent Asad w wywiadzie dla duńskiej telewizji. Zapowiedział też, że nie może być mowy o złagodzeniu działań militarnych. Jednak to nie on, lecz Rosjanie decydują o dalszym rozwoju wydarzeń. Nie pozostawał co do tego najmniejszych wątpliwości kilka dni temu gen. Walerij Gierasimow, szef rosyjskiego sztabu.

To on zaoferował bojownikom broniącym wschodniego Aleppo utworzenie korytarzy, którymi mogliby się bezpiecznie wycofać w kierunku granicy tureckiej czy w rejon Idlib. Nie skorzystali, co Damaszek i Moskwa traktują jako przyzwolenie do zmasowanego bombardowania. Według ocen ONZ znajduje się tam 275 tys. mieszkańców, w tym 100 tys. dzieci.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA