fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Inwestorzy z Rosji nie wierzą w trwałość aneksji Krymu

Obecnie na okupowanym przez Rosjan Krymie nie działa żaden duży, poważny bank – ani zagraniczny, ani rosyjski
shutterstock
Po pięciu latach od anszlusu ukraińskiego półwyspu żaden rosyjski bank państwowy nie odważył się otworzyć tam swojego oddziału. Kredyty hipoteczne są więc nieosiągalne, prywatnych inwestorów z Rosji brak.

Po hucznym powrocie Rosji do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy (PACE) kremlowskie media zaczęły mówić, że Zachód robi pierwszy krok „ku uznaniu rosyjskiego statusu Krymu". Prezydent Władimir Putin wielokrotnie powtarzał, że półwysep „jest częścią Rosji" i żadne zachodnie sankcje nigdy tego nie zmienią. Tymczasem obawy przez wprowadzeniem kolejnych, bardziej bolesnych sankcji Zachodu sprawiają, że rosyjski sektor finansowy przez pięć lat nie przekonał się do „rosyjskiego statusu" półwyspu. Dotąd nie pojawił się tam żaden rosyjski bank państwowy, a głównym i niemal jedynym inwestorem jest budżet państwa.

Krym: most z Rosji nie pomógł gospodarce

Sankcje działają

Obecnie na Krymie nie spotkamy gigantów rosyjskiego sektora bankowego, takich jak Sberbank Rosji, Bank VTB, Gazprombank, Rosselkhozbank czy największy prywatny Alfa-Bank. Analitycy w Moskwie twierdzą, że przyczyną są sankcje gospodarcze nałożone tuż po aneksji w 2014 r. przez USA i UE na instytucje rosyjskie próbujące działać na Krymie. – Ryzyka byłyby ogromne. Przede wszystkim to mogłoby skutkować odcięciem od możliwości kredytowania się na Zachodzie – mówi „Rzeczpospolitej" prof. Aleksandr Abramow z prestiżowej Wyższej Szkoły Ekonomii w Moskwie. – Niewykluczone, że amerykańskim firmom by zabroniono wszelkiej współpracy z rosyjskimi bankami. Trzeba byłoby też liczyć się z tym, że rosyjski system bankowy zostałby odcięty od międzynarodowego systemu płatności SWIFT. To nie byłoby śmiertelne, ale straty byłyby nieporównywalnie wyższe od zysków – dodaje Abramow. Zresztą największe rosyjskie banki i tak zostały dotknięte sankcjami – mogą otrzymywać na Zachodzie jedynie krótkoterminowe finansowanie, do 14 dni.

Obecnie na Krymie działa siedem banków. Są to instytucje, nazwy których większość Rosjan nigdy nie słyszała i które zajmują ostatnie pozycje pod względem aktywów. Oprócz jednego to Bank Rosja, którego głównymi akcjonariuszami są przyjaciele prezydenta Władimira Putina, Jurij Kowalczuk i Gennadij Timczenko. Ten bank został odcięty od międzynarodowych systemów płatniczych jeszcze w 2014 r. Podobnie jak inne działające na Krymie banki wydaje wyłącznie karty płatnicze Mir.

Na stronie tego rosyjskiego systemu płatniczego można przeczytać, że „działa niezależnie od sytuacji politycznej na świecie". Co prawda, karta Mir pozwala na wypłatę pieniędzy wyłącznie w państwach Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (Rosja, Białoruś, Armenia, Kirgizja, Kazachstan) i na terenie Turcji.

Rosja zapłaci za Krym… bankami

Znany ukraiński ekonomista i były doradca bankowy Ołeksandr Ochrimenko mówi, że na Krymie nadal działają karty płatnicze systemów Visa czy MasterCard: – Przywożą bankomaty zarejestrowane w graniczących z Krymem regionach Rosji. Wypłacając pieniądze, klient dostaje paragon z adresem bankomatu np. w Krasnodarze. Oficjalnie większość tamtejszych bankomatów nie widnieje w papierach tamtejszych banków, są niby „pożyczone".

Oszukać system

Niedawno rosyjska redakcja „Forbesa" opublikowała artykuł, z którego wynika, że pod względem dostępności kredytów hipotecznych Krym znajduje się na samym końcu rosyjskiego rankingu. Najtrudniej dostać kredyt na mieszkanie w Sewastopolu. – Rosyjscy inwestorzy przyjeżdżają tam, spotykają się, ale nie śpieszą się zostawiać pieniędzy. Trudno mi byłoby podać nawet jakiś przykład prywatnej inwestycji na Krymie w ostatnich latach. Zdecydowana większość pochodzi z dotacji budżetu państwa – mówi Abramow.

Jeszcze w 2014 r. Moskwa uruchomiła program rozwoju Krymu wart 1 bilion rubli (60 mld zł) w 95 proc. pochodzących z budżetu państwa. Planowano, że dzięki temu pensje mieszkańców Krymu wzrosną pięciokrotnie, a region będzie samowystarczalny już w 2017 r. Budżet ten już kilkakrotnie był zwiększany, a pod koniec 2018 r. władze Krymu już poprosili Moskwę o kolejne 200 mld rubli (12 mld zł).

Władze anektowanego półwyspu chwalą się wzrostem budownictwa mieszkaniowego dzięki dotacjom z Moskwy. Mieszkania rzeczywiście są budowane, ale w pierwszej kolejności na potrzeby oficerów rosyjskiej Floty Czarnomorskiej i pracowników obsługujących wybudowany niedawno most w Kerczu (połączył Rosję z Krymem).

W cenzurowanych przez Moskwę lokalnych mediach można się dowiedzieć, że nieruchomości na Krymie kupują przeważnie sami mieszkańcy półwyspu. Władze tłumaczą to „wzrostem dobrobytu" miejscowych. Tymczasem pod względem zarobków Krym zajmuje ostatnie pozycje w Rosji. Obecnie średnia pensja wynosi tam ok. 30 tys. rubli (równowartość 1800 zł). Tymczasem ceny metra kwadratowego w Symferopolu sięgają nawet 80 tys. rubli (4,8 tys. zł).

– Chcący kupić taką nieruchomość mieszkaniec Moskwy, jedzie do Krasnodaru i tam zawiera umowę, by bank obsłużył tę transakcję (zrelizował przelew – red.). Wszyscy się zabezpieczają – mówi Ochrimenko. – Znajomi Rosjanie, którzy mają pieniądze, mówią, że wolą kupić mieszkanie w Soczi. Obawiają się, że za pięć czy dziesięć lat sytuacja polityczna w Rosji się zmieni i stracą mieszkanie na Krymie – dodaje.

Ukraina straciła

Mieszkańcy Krymu nie spłacają z kolei kredytów wziętych w ukraińskich bankach. Szacuje się, że wypędzone z Krymu ukraińskie banki straciły tam ponad 2 mld dol. kredytów walutowych. Jedyną drogą do odzyskania tych pieniędzy byłaby sprzedaż tych kredytów rosyjskim instycjom.

Na to Kijów od początku się nie zgodził, ponieważ uznałby w ten sposób rosyjską aneksję półwyspu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA