fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Krzyżak: Żadnego końca sporów nie będzie

Fotorzepa, Danuta Matloch
Wydarzenia z Białegostoku nie spowodują, że politycy język nienawiści z dnia na dzień zamienią w język miłości.

„Mam do was prośbę: bądźmy wobec siebie solidarni. Kiedy trzeba, stańmy obok siebie. Nie tylko w obronie osób LGBT, za co wam bardzo dziękuję, ale kiedy ktokolwiek jest poniżany – kobieta, mężczyzna, katolik, ateista, uchodźca, Polak czy Polka, głosujący na PiS czy głosujący na Wiosnę, głosujący na Platformę czy głosujący na Razem. Każdy z nas na koniec dnia jest człowiekiem i niech to nas połączy".

„Nie chcę, żeby jeden kopał i opluwał drugiego. Nie chcę, aby przy stołach rodziny się kłóciły, nie chcę, aby sobie ubliżano, aby rzucano w siebie słoikami z moczem. Nie chcę, żeby bito kogoś po twarzy i aby żaden dziennikarz nie był pobity bez względu na to, czy jest z telewizji publicznej, czy z innej. Nie chcę, aby ktokolwiek był bity".

Dowiedz się więcej: Sondaż: Kto jest winny wydarzeń w Białymstoku?

„Wolność oznacza, że się nie boimy. Wolność oznacza to, że możemy gromadzić się w miejscach publicznych, że możemy iść ulicą, trzymając za rękę tego, kogo kochamy, i że nikt z nas nie ma duszy zatrutej lękiem".

Ktoś, kto przez lata nie miał żadnej styczności z Polską, przywieziony w niedzielę do Białegostoku, po usłyszeniu powyższych słów mógłby stracić orientację. Takich słów o miłości, szacunku, solidarności itp. nie słyszy się raczej na politycznych wiecach. W kościołach owszem, ale na ulicach raczej nie. Tam za wszelką cenę usiłuje się politycznego przeciwnika zdyskredytować i o żadnej miłości mowy nie ma. Gdyby takiego człowieka natychmiast potem zaprowadzić do lokalu wyborczego, zagłosowałby z pewnością na któregoś z autorów powyższych cytatów. W kolejności byli to: Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty, Adrian Zandberg. Czołówka polskiej lewicy.

Tu naszą piękną, acz od początku wymyśloną bajkę trzeba skończyć. Trzeba jasno i wyraźnie powiedzieć, że niedzielny wiec przeciwko przemocy organizowali w Białymstoku politycy, którzy uczestniczą w brutalizacji języka debaty publicznej. Teraz zapałali miłością do innych – także tych inaczej myślących, tych, których serca biją np. po stronie „dobrej zmiany". Polakom trudno będzie jednak uwierzyć w tak nagłą przemianę. Zresztą trzeba zadać sobie pytanie, czy ona w ogóle nastąpiła. Przecież ci sami politycy, którzy mówią o potrzebie zakończenia wojen polsko-polskich, natychmiast wskazują tego, który (ich zdaniem) te konflikty rozpętał. W tym kontekście nazwisko Kaczyński odmieniono w Białymstoku we wszystkich przypadkach. Nie ma się co dziwić temu, że na wiecu zabrakło Mateusza Morawieckiego i liderów PiS. Pojechać na spotkanie, na którym byłoby się słownie biczowanym, byłoby prawdziwym aktem odwagi.

Ale nie było też Grzegorza Schetyny ani Władysława Kosiniaka-Kamysza. Obaj już dawno odkryli, że rzekoma obrona praw osób LGBT jest w istocie politycznym wytrychem. W niedzielę w Białymstoku widać było to jak na dłoni. Obecność Schetyny można byłoby jeszcze jakoś próbować rozumieć, ale Kosiniaka, któremu nie podobał się skręt w lewo Koalicji Europejskiej, już nie.

Przed tygodniem w Białymstoku stało się coś bardzo złego. Ujawniły się drzemiące w Polakach złe emocje. Swój udział w tym mieli wszyscy politycy od prawa do lewa. Tylko że nikt nie ma odwagi przyznać się do swoich błędów. Podobnie było kilka miesięcy temu w Gdańsku. Po śmierci Pawła Adamowicza padło wiele wzniosłych deklaracji i sporo ważnych słów. Z tamtej lekcji nikt nie wyciągnął żadnych wniosków. Z tej też nikt nie wyciągnie. Ważne jest pokonanie politycznego przeciwnika. A słowa o miłości to tylko zasłona dymna.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA