fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Michał Szułdrzyński: Dlaczego musiało dojść do konfliktu Ziobry z Kaczyńskim

Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Poważny kryzys, z którym mamy do czynienia w partii rządzącej, przypomina do pewnego stopnia przenoszoną ciążę.

Ciąża trwa dziewięć miesięcy, może trwać kilkanaście dni dłużej, ale prędzej czy później musi nastąpić poród. Jego brak może mieć fatalne konsekwencje zarówno dla życia matki jak i dziecka. Porównać go można też do zbyt długo trwającego procesu rozwodowego. Rozstający się małżonkowie mogą sprawę rozwiązać szybko, ustalić podział majątku i rozejść się w pokoju. Jednak jeśli nie potrafią już ze sobą być dłużej, nie potrafią się też rozstać, rozwód z każdym dniem coraz bardziej zmienia się w piekło, które zatruwa życie nie tylko rozwodzących się, ale też rodziny i znajomych. Z każdym dniem wydłuża się lista wzajemnych pretensji, żalów, wzajemnych oskarżeń i złych emocji.

Dokładnie tak było z negocjacjami nad rekonstrukcją rządu. O zmianach w rządzie, które miały nastąpić po wyborach prezydenckich zaczęło się mówić jeszcze w czasie kampanii. Oficjalnie chęć rekonstrukcji zadeklarował ponad dwa miesiące temu Jarosław Kaczyński. Nie brakowało jednak spraw spornych. Mateusz Morawiecki i prezes PiS chcieli zmniejszyć liczbę ministrów, przez co zmniejszyć się miał posiadania koalicjantów, z których każdemu przysługują dwa resorty.

Przeczytaj także: Sondaż CBOS przed kryzysem: Zjednoczona Prawica 41 proc.

Na to nałożył się głęboki spór ideologiczny dotyczący kierunku, w jakim ma iść prawica, przed którą rysowały się trzy i pół roku rządu bez żadnych wyborów. Na to jeszcze nałożył się stary spór Zbigniewa Ziobry z Mateuszem Morawieckim. Negocjujące strony mocno więc licytowały, wzajemnie się szachowały, groziły. Dzisiejszy kryzys wynika z tego, że przesadziły. W międzyczasie zniknęło coś, bez czego trudno jest budować wspólną koalicję rządową: wzajemne zaufanie i wiara w jakąś elementarną wspólnotę interesów. I bez względu na to, czy w poniedziałek Jarosław Kaczyński zadecyduje o tym, by wyrzucić koalicjantów z rządu, coś w Zjednoczonej Prawicy pękło. Można o niej już mówić w czasie przeszłym dokonanym.

Jak pisałem trzy tygodnie temu, przełomem w relacjach miedzy PiS a partią Ziobry była decyzja Jarosława Kaczyńskiego by odrzucić propozycję wejścia Solidarnej Polski do PiS przed jesiennym kongresem. Prezes PiS ma poważny problem z sukcesją w Prawie i Sprawiedliwości po swoim przejściu na emeryturę. Przyjęcie z powrotem Ziobry na łono partii oznaczałoby wpuszczenie lisa do kurnika. Powstałby bowiem nowy silny ośrodek w PiS skupiony wokół ministra sprawiedliwości, który jednoczyłby wszystkich wrogów Mateusza Morawieckiego. Kaczyński lubi spory wśród współpracowników, bo one sprawiają, że frakcje bardziej są zajęte zwalczaniem się wzajemnie niż spiskowaniem przeciwko niemu. Ale wejście Ziobry do PiS oznaczałoby zaburzenie równowagi.

Dla Ziobry odrzucenie przez Kaczyńskiego było sygnałem, że musi szykować się na usamodzielnienie – choćby i kosztem ataków nie tylko na Morawieckiego ale na sam PiS. W ten sposób Solidarna Polska zaczęła coraz ostrzej stawiać sprawy ideologiczne pokazując PiS jako mięczaków, a siebie jako jedynych obrońców prawicowości. To zaś jeszcze psuło wzajemne relacje. Zwiększało też determinację Ziobry, bo – jak zauważył Wojciech Szacki z Polityki Insight, po tym, jak informacja o tym, że Ziobro dostał kosza od Kaczyńskiego, doszła do uszu wszystkich polityków PiS, część wrogów Morawieckiego, którzy wcześniej grali na Ziobrę, zaczęła się od niego odsuwać. Spór stał się bowiem sporem partyjnym, a lojalność wobec PiS wymagała tego, by nie wspierać szkodzącego PiS Ziobry. Tracąc wsparcie w części sfrustrowanych Kaczyńskim i Morawieckim działaczy PiS, musiał zintensyfikować swoje działania.

W tle był jeszcze spór o sądownictwo. We wzajemnych dyskusjach i oskarżeniach zarówno Morawiecki jak i Kaczyński coraz częściej narzekali na to, że Ziobro reformujący od pięciu lat sądy niczego nie naprawił, zaś wywołał potężny międzynarodowy kryzys, za który PiS musi płacić poważną polityczną cenę w postaci oskarżeń o naruszenie reguły rządów prawa. Podobne oskarżenia miały się pojawiać co do skuteczności działań prokuratury. Paradoksalnie liderzy PiS krytykując Ziobrę przyznali rację krytykom PIS, którzy ostrzegali, że reformy upolitycznią sądy i prokuratury, ale nie przyniosą poprawy ich funkcjonowania. Prezes PiS miał też się skarżyć na Ziobrę, że używa informacji ze śledztw w rozgrywkach wewnętrznych, między innymi do tego by pogrążyć byłego już ministra zdrowia. Tymczasem Ziobro już szykował się kolejnych zmian, snując plany reformy Sądu Najwyższego czy Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Największym problemem dla Kaczyńskiego było jednak weto Ziobry wobec ustawy, którą opozycja ochrzciła mianem „Bezkarność Plus”, czyli gwarantującą nietykalność urzędnikom, którzy w czasie epidemii podejmowali decyzje, które były naruszeniem lub nadużyciem prawa, lub wiązały się ze stratami dla Skarbu Państwa. Choć sprawa – jak twierdzą nasi informatorzy – została uzgodniona w gronie koalicjantów, Solidarna Polska jej się przeciwstawiła publicznie zarzucając PiS zdradę ideałów walki z przestępczością i nadużyciami bez względu na to kogo by ona miała dotyczyć. Kaczyński uznał, że Ziobro jest przeciw, bo chce mieć haki na Morawieckiego i innych ministrów, którzy w czasie koronawirusa podejmowali decyzje (np. dotyczące organizacji wyborów czy zakupu sprzętu medycznego, a które nie miały podstawy prawnej, lub interesy finansowe państwa nie zostały wystarczająco zabezpieczone). I to sprawiło, że Kaczyński zaczął myśleć o zerwaniu koalicji już nie jako straszaku w negocjacjach z Ziobrą i Gowinem, ale jako realnym scenariuszu. Potężny opór, z jakim w PiS spotkała się ustawa o ochronie zwierząt, był jedynie spektakularnym pokazem braku jedności w obozie władzy – przeciwko ustawie byli nie tylko Ziobryści ale też dwudziestu posłów PiS, Gowinowcy w większości wstrzymali się od głosu.

Dowiedz się więcej: Rzeczniczka PiS: W naszym przekonaniu koalicji nie ma

Krytycy Kaczyńskiego w partii zwracają uwagę, że wybrał dla siebie mało korzystne pole sporu. Protestując wobec wątpliwej prawnie ustawie o bezkarności urzędników, Ziobro mówi to, co uważa większość opinii publicznej. Z kolei głosując przeciw zakazowi hodowli zwierząt futerkowych czy produkcji mięsa koszernego czy halal na eksport, Ziobro ogłosił się obrońcą interesów polskiej wsi, którą dotąd reprezentował PiS. Tak więc politycznie mając swoje argumenty, Kaczyński pomógł Ziobrze zbudować legendę obrońcy ideałów i interesów elektoratu PiS. Politycznie ze strony lidera PiS to błąd.

Z kolei inni nasi rozmówcy zwracają uwagę na to, że wyrzucenie Ziobry może być dla Kaczyńskiego okazją do nowego otwarcia. PiS szuka sposobu na to, by otworzyć się na centrum i tam złowić nowych wyborców – taki też był między innymi sens ustawy o ochronie zwierząt. Odcięcie się od Solidarnej Polski po pierwsze wzmocniłoby rolę Mateusza Morawieckiego i jego pragmatycznej agendy politycznej, po drugie uwiarygodniłoby zwrot do centrum i być może otworzyło możliwości do negocjacji koalicyjnych np. z PSL. Problem w tym, że te korzyści są potencjalne, a problem wynikający z utraty większości w Sejmie, jest zagrożeniem realnym.

Czeka nas więc bardzo burzliwych kilka dni, podczas których Kaczyński będzie kalkulował, który ze scenariuszy jest najlepszy.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA