W 2017 r. w Polsce działało 161 pracowni hemodynamicznych pełniących całodobowy dyżur dla pacjentów z ostrymi zespołami wieńcowymi. To sprawia, że jedna pracownia przypada na 239 tys. mieszkańców. Ich równomierne rozmieszczenie na mapie Polski sprawia, że wszyscy chorzy z zawałem są w stanie dotrzeć do pracowni w ciągu tzw. złotej godziny od wystąpienia objawów.

Kardiolodzy podkreślają, że ważne jest, by tacy chorzy byli transportowanie do pracowni bezpośrednio z miejsca rozpoznania zawału, a nie za pośrednictwem szpitalnych oddziałów ratunkowych w szpitalach, bez możliwości diagnostyki inwazyjnej.

Tak gęsta sieć pracowni powstała m.in. dzięki zaangażowaniu prywatnych inwestorów. Kiedy rozwiązania legislacyjne pozwoliły na kontraktowanie świadczeń zdrowotnych z zakresu kardiologii interwencyjnej w podmiotach prywatnych, w Polsce zaczęły powstawać pracownie hemodynamiczne.

Koszty nowoczesnych, bardzo drogich pracowni przekraczały możliwości zarówno publicznego płatnika, jak i samorządów. Świadomi tego inwestorzy budowali je w miejscach na tyle oddalonych od dużych ośrodków, by z każdego miejsca można było dotrzeć do pracowni hemodynamicznej w podobnym czasie.

Dzięki temu liczba zabiegów przezskórnej angioplastyki wieńcowej (PCI) wzrosła od 2002 do 2015 r. aż o blisko 262 proc. (z 34,5 tys. do 124,8 tys.), a koronarografii o 133 proc. (z 85 tys. do 221,6 tys.), potem zaczęła nieco spadać.

W 2017 r. wykonywano 2983 zabiegi PCI i 5153 koronarografie na milion mieszkańców. – Gęsta sieć pracowni hemodynamicznych, w których dyżurują świetnie wyszkoleni lekarze, powoduje, że polski system leczenia chorych z zawałem serca podawany jest za wzór nie tylko w Europie, ale i na świecie.

Jesteśmy trzecim krajem w Europie, po Holandii i Austrii, pod względem liczby pierwotnych angioplastyk. Dostępność interwencyjnego leczenia zawału serca spowodowała istotny spadek śmiertelności w tej grupie pacjentów – mówi prof. Wojciech Wojakowski, kierownik III Katedry Kardiologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Górnośląskim Centrum Medycznym w Ochojcu, przewodniczący Asocjacji Interwencji Sercowo-Naczyniowych (AISN) Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego (PTK).

– Mamy też własny system certyfikacji operatorów – każdy, kto dotyka pacjenta, ma nie tylko specjalizację kardiologii, ale także certyfikat AISN, potwierdzający, że przedstawił udokumentowaną listę zabiegów przeprowadzonych pod kontrolą swojego nauczyciela czy mentora i listę odbytych kursów. Chcemy mieć pewność, że do tej odpowiedzialnej i trudnej pracy dopuszczani są ludzie, którzy wykazują odpowiednie umiejętności i ciągle się kształcą – tłumaczy prof. Wojakowski.

System certyfikacji AISN PTK wprowadziło w 2013 r. Wcześniej zabiegi w pracowni hemodynamicznej wykonywali lekarze ze specjalizacją z kardiologii i ewentualnymi certyfikatami z innych krajów. Dziś certyfikatem AISN może się pochwalić 620 kardiologów, a ich liczba stale rośnie. – W tym roku po raz pierwszy Polak, prof. Dariusz Dudek, został wybrany na funkcję prezesa elekta Europejskiej Asocjacji Przezskórnych Interwencji Sercowo-Naczyniowych (EAPCI).

Pod względem organizacyjnym, naukowym i fachowym polska kardiologia interwencyjna jest dużym sukcesem – podsumowuje prof. Wojakowski. Doskonałe wskaźniki przeżyć i niska – nieprzekraczająca 10 proc. – umieralność pacjentów po zawałach skłoniła naukowców z Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowy Zakład Higieny (NIZP-PZH), Śląskiego Uniwersytetu Medycznego (ŚUM), Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego (GUMed) i Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego (WUM) do zbadania przeżywalności chorych w pierwszym, drugim i trzecim roku po zawale.

 – Przeanalizowaliśmy dane z Narodowej Bazy Zawałów Serca AMI-PL, Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ), Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS) i Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), badając losy chorego po zawale na podstawie jego numeru PESEL. Analizę oparliśmy na kompletnej bazie w żaden sposób nieselekcjonowanych rekordów chorych hospitalizowanych z powodu zawału serca na terenie całego kraju. Dzięki temu dowiedzieliśmy się nie tylko, jaka liczba chorych umiera po roku, dwóch i trzech lat po zawale, ale też jakie zastosowano u niego leczenie, czy po wyjściu ze szpitala był pod kontrolą kardiologa, a także czy jego śmierć miała związek z zawałem.

Dane dotyczące terapii, ponownej hospitalizacji i zgonów podsumowały więc codzienną praktykę postępowania wobec takich chorych w Polsce oraz jej efekty – mówi współautor raportu dr n. med. Krzysztof Chlebus z I Katedry i Kliniki Kardiologii GUMed, były wiceminister zdrowia. Wyniki analizy, opublikowane w 2014 r. raporcie „Zawały serca w Polsce. Występowanie, leczenie i prewencja wtórna zawałów serca w Polsce” pokazały, że choć w pierwszym roku po zawale umiera 10 proc. chorych, a podobny wynik uzyskują kraje o najwyższym poziomie leczenia, to po trzech latach śmiertelność wśród zawałowców wynosi już 20 proc.

To między innymi te dane skłoniły kardiologów i decydentów do szukania rozwiązań dla optymalnej opieki nad chorym w pierwszym, drugim i trzecim roku po zawale. Eksperci zgodzili się, że potrzebny jest program skoordynowanej opieki nad takim chorym, obejmujący nie tylko leczenie interwencyjne, ale także monitorowanie stanu pacjenta i rehabilitację. Tak powstał program Koordynowanej Opieki Specjalistycznej dla pacjenta po zawale (KOS- -zawał) określał ramy leczenia szpitalnego, rehabilitacji i opieki nad pacjentem w przychodni.