Lasek jest jednym z ekspertów komisji Jerzego Millera, która badała przyczyny katastrofy smoleńskiej. W TOK FM odniósł się do informacji o tym, że Tu-154 stracił zasilanie na wysokości 15 metrów (a więc przed zderzeniem z brzozą), która najpierw pojawiła się w raporcie rosyjskiego MAK, a później podała ją polska prokuratura wojskowa i podchwycił Antoni Macierewicz (PiS), szef sejmowego zespołu ds. zbadania katastrofy smoleńskiej.

– To 15 metrów, na które powołują się różni eksperci, pochodzi z odczytu urządzenia TAWS, które to urządzenie nie jest rejestratorem, zapisuje tylko różnego rodzaju sygnały – tłumaczył Lasek.

Wyjaśniał, że informacja w rejestratorze szybkiego dostępu skończyła się półtorej sekundy przed zderzeniem z ziemią ze względów technicznych, bo przed zapisaniem danych w pamięci dokonywany jest proces kompresji, aby zmieściło się ich więcej. – I one są zapisywane z półtorasekundowym opóźnieniem. Dlatego dane z momentu wypadku nie zostały zapisane. Wszystkie wcześniejsze dane są w 100 proc. zgodne – zapewnił ekspert. I podkreślił: – Nikt nie obezwładnił samolotu, nikt nie wyłączył jego systemów pokładowych na półtorej sekundy przed zderzeniem z ziemią.

Macierewicz nadal kwestionuje opinię Laska. – Informacja o utracie zasilania na 15 metrach została potwierdzona przez MAK, prokuraturę, która w tej sprawie dysponuje ekspertyzą, oraz ekspertów amerykańskich. Nie jest oparta na wskazaniach systemu TAWS, ale na danych centralnego komputera pokładowego – mówi "Rz".

Jego zdaniem Lasek nie może się w tej kwestii wypowiadać, bo komisja Millera nie zamówiła nawet ekspertyzy w tej sprawie. – Interesujące jest też, że informacja o utracie zasilania pojawiła się również w załącznikach do raportu Millera, ale bez żadnego wyjaśnienia – dodaje poseł PiS.