Ostatnio Jarosław Kaczyński opowiedział, jak to ówczesny premier Krzysztof Bielecki „w poufnej rozmowie" powiedział mu, że zamierza zlikwidować polską armię.

Nie jest to pierwszy wypadek, gdy prezes PiS odsłania tajemnice przeszłości. Jeszcze w latach w wywiadzie, jakiego udzielił Teresie Torańskiej, stwierdził:

„W 1977 roku po raz pierwszy zaproszono mnie na duże zebranie KOR. Otwierają się drzwi i wkracza czołówka opozycji: Kuroń, Macierewicz, Jan Józef Lipski. Wszyscy, którzy siedzieli przy stole, wstają i przenoszą się pod ściany. Podniosłem się także, ale by ustąpić miejsca Lipskiemu, który był starszym panem. On jednak usiadł obok, a Kuroń, wykorzystując ten moment, już wieszał swoją marynarkę na moim krześle. Ja jednak spokojnie usiadłem i miejsca Kuroniowi nie ustąpiłem. Po jakimś czasie poszedłem do Jacka Kuronia do domu i on 15 minut trzymał mnie bez krzesła. Zapamiętał i się zemścił. Gdyby nie silna motywacja, że ja muszę z tym komunizmem walczyć, a więc być w opozycji, to ja bym ją w jasną cholerę rzucił, bo tego towarzystwa nie akceptowałem".

Piękna scena, a raczej dwie sceny. Rzecz w tym, że niezawierające ani jednego zdania prawdy.

Siedzieliśmy na kanapie

Zebrania KOR-u, od września już KSS KOR, zawsze odbywały się w mieszkaniu profesora Lipińskiego. Tam Kaczyńskiego niewątpliwie nie było, bowiem spotykali się tam jedynie członkowie KOR-u. Jedynymi wyjątkami byli niemal zawsze obecna Zosia Romaszewska i bywający przy omawianiu głównie spraw prawnych Jan Olszewski. Dlaczego miałby tam się znaleźć nikomu nieznany Kaczyński? Nie było żadnego powodu. I tam, co pokazują zdjęcia z niektórych spotkań, nie było stołu. Siedzieliśmy na kanapie i dostawionych krzesłach, niektórzy na podłodze.

Można więc domniemywać, że Kaczyński nie opowiada o zebraniu KOR-u, lecz o organizowanych niekiedy spotkaniach ludzi aktywnych w ruchu korowskim, na ogół poświęconych konkretnym sprawom. Takich spotkań było kilka. I nikt nikogo na te spotkania nie zapraszał. Tam po prostu „się przychodziło". Przychodzili ludzie, którzy uczestniczyli w rozmaitych działaniach opozycyjnych. Jeszcze w kwietniu '77 takie spotkanie odbyło się w domu Heleny i Witka Łuczywów w sprawie zorganizowania głodówki w obronie skazanych robotników. Wkroczyła SB i nikt nie zajmował się pilnowaniem stołków. Kilka osób wylądowało w aresztach. Później dwa razy poproszono zachodnie telewizje, by na spotkanie weszły ze swoimi kamerami. Wtedy SB dawała spokój. Obserwowali, lecz nie wkraczali. Jedno z tych spotkań zostało nazwane konferencją sztokholmską (ze względu na telewizję szwedzką), drugie zaś, w mieszkaniu Romaszewskich – była to konferencja londyńska, jako że nagrywała ekipa z BBC. Również u Romaszewskich odbyło się spotkanie, na którym omawialiśmy sprawę Deklaracji Ruchu Demokratycznego. Oczywiście nie było tam Kaczyńskiego, bo i po co. I tam też nie było stołu, siedzieliśmy w większości na podłodze. Kaczyński zresztą nie wyjaśnia, jaki był temat rzekomego zebrania. Interesuje go jedynie problem, kto jest ważniejszy od kogo.

Otóż, według niego wszyscy czekają, aż wejdzie czołówka. Taki opis pasowałby raczej do dworu carskiego bądź partyjnego, a nie do ruchu, w którym niemal wszyscy byli po imieniu i nie obowiązywała żadna hierarchia. Zaś Jacek Kuroń niemal nigdy nie siadał, tylko stał i prowadził takie spotkania. Nie wynikało to z hierarchicznego prawa, tylko Jacek miał taki właśnie temperament. No i jeszcze ta marynarka, którą Kuroń próbuje zaklepać sobie siedzące miejsce. Jacek marynarki nie nosił i nie miał. Z opowieści Kaczyńskiego nie dowiemy się prawdy o tamtych czasach. Lecz z pewnością możemy dowiedzieć się nieco o Kaczyńskim i jego wizji świata i stosunków z ludźmi.

Podobny charakter ma drugi fragment, gdzie Jacek dokonuje aktu zemsty i trzyma biednego petenta 15 minut bez krzesła. Każdy, kto choć raz był w domu Kuroniów, wie, że to po prostu niemożliwe. Drzwi do mieszkania nigdy nie były zamknięte. Przewijało się tam mnóstwo ludzi. Toczyły się rozmowy.

Wyobraźnia bez granic

W częstych momentach napięcia Jacek lub ktoś go zastępujący siedział przy ogromnym zabytkowym biurku i odbierał telefony, zapisując w tzw. dzienniku pokładowym informacje o represjach. Ale oczywiście mógł Kaczyński trafić na moment ciszy. Mógł, ale nie trafił, bo go po prostu tam nie było. Lecz rodzi się pytanie. W jakiej to ważnej sprawie biedny Jarosław miał udać się do Kuronia? Pewien trop znajdziemy w wypowiedzi samego Kaczyńskiego. Być może to wówczas złożył Kuroniowi oświadczenie o swej woli nieugiętej walki z komunizmem. Wyobraźnia nie zna granic ni kordonów.

Zastanawia mnie też, w jaki to sposób Kuroń trzymał Kaczyńskiego bez krzesła. Czyżby w momencie jego wejścia kazał niższym w hierarchii członkom KOR-u krzesła z pokoju usunąć? A może po prostu rzeczywiście trzymał Kaczyńskiego, by ten nie mógł usiąść. Tylko wtedy sam też musiałby stać. Scena warta jest uwiecznienia. Owe cierpienia stojącego Kaczyńskiego nieuchronnie przypominają sfory Mistrza Szpotańskiego z ballady „Rozmowa w Kartoflarni", gdzie bohater utworu Gnom stwierdza: „Wszystko to znoszę, wszystko to strawię, ale zdobędę władzę w Warszawie".

Historia i Siedzenie

Ale być może się mylę i opowieść Prezesa nie jest zwyczajnym kłamstwem, bujdą czy fantazyjnym marzeniem, lecz wielką metaforą. Chodzi bowiem o Siedzenie. Krzesło nie jest zwyczajnym krzesłem. Kuroń, siedząc niemal dziewięć lat, zabierał Kaczyńskiemu należne mu miejsce. Krzesło staje się Historią. I nie wpuszczając nań Kuronia, Kaczyński nadaje Historii właściwe oblicze.

W tym samym celu Prezes przypomniał sobie rozmowę o polskim wojsku z Bieleckim, kiedy ten był premierem. Lecz tu nie stawia kropki nad „i". Byłego premiera należałoby bowiem postawić przed Trybunałem Stanu. Prezes, w swej dobroci oszczędzając adwersarza, nie mówi całej, jakże gorzkiej, prawdy. Otóż Jan Krzysztof Bielecki rzeczywiście zlikwidował polską armię. Na nowo zbudował ją dopiero po latach pod światłym kierownictwem Prezesa minister Macierewicz.