Jest uznawany za współtwórcę największych sukcesów polskiej szkoły filmowej. Napisał scenariusze do „Zezowatego szczęścia”, „Kanału”, „Eroiki”. W obrazie zrealizowanym przez Józefa Gębskiego i Adama Wyżyńskiego opowiada o okolicznościach ich powstania. Ilustrację stanowią fragmenty filmów.
Wspomina, że rozbawił kiedyś dziennikarza „Timesa”, gdy w czasie wywiadu wyznał: „Piszczyk to ja”.
– W każdym znajdzie się jakiś element „piszczykowski” – potwierdza w filmie. – Piszczyk składa się z wielu ludzi: oportunistów i takich, co boją się rzeczywistości i starają przybrać mundur, który akurat pasuje.
Stawiński opowiada także, że wszystko, co pomieścił w scenariuszach, wziął z własnego życia i losów znanych sobie ludzi. Podkreśla, że najważniejsze było dla niego zawsze opowiadanie o swoich przeżyciach. Tak też sprawa się miała z „Kanałem” w reżyserii Andrzeja Wajdy. 26 września 1944 roku Stawiński wszedł do kanału z siedemdziesięcioma ludźmi.
– Wyszedłem nazajutrz z trzema – wspomina i zniecierpliwiony dodaje – mam już po uszy opowiadania o tym.
Zanim „Kanał” doczekał się ekranizacji w 1957 roku, dwa lata wcześniej został opublikowany w „Twórczości”. Mimo że bardzo spodobał się Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, długo nie chciano dać pieniędzy na realizację filmu o powstaniu. Sytuacja zmieniła się dopiero po śmierci Stalina, gdy Chruszczow w referacie stwierdził, że jego poprzednik „był mordercą”.
Opowiada o przeżyciach z wojny zwięźle, czasem groteskowo. Z września 1939 roku pamięta, na przykład, pierwszą bitwę stoczoną przeciw Niemcom z kolegami ze Szkoły Podchorążych Rezerwy Łączności w Zegrzu. Po zakończonym starciu, zaczął czytać książkę. A kiedy później w Warszawie został dowódcą plutonu łączności artylerii, codziennie jeździł rowerem do rodzinnego domu. Nie było to bezpieczne, bo musiał pokonać most, gdzie był łatwym celem dla Niemców.
Po powstaniu przez rok przebywał w obozie jenieckim w Murnau w Bawarii. W głównej sali wisiał transparent: „Festiwal muzyki współczesnej”. – Poczułem się tam jak w sanatorium – wspomina Stawiński.
Ale też pamięta, że przetrzymywani w oflagu od 1939 roku, mieli zupełnie inną mentalność niż ci, którzy trafili tam razem z nim pod koniec wojny. I że stosunki między tymi grupami nie były najlepsze. Andrzeja Munka, reżysera, z którym pracował przy „Człowieku na torze”, „Eroice”, poznał w 1955 roku na wakacjach.
– Zobaczyłem płynący po jeziorze pancerny kajak – wspomina.
W nim właśnie siedział Munk z żoną Halusią. Halusia zaś była dobrą znajomą Stawińskiego z czasów dzieciństwa – jako sześciolatka uczyła go czytać i pisać na rodzinnym Żoliborzu...