Swoją życiową dewizę - nigdy się nie poddawaj – realizował konsekwentnie i ze znakomitym skutkiem. Jego energia udzielała się wszystkim, którzy go spotykali na swojej zawodowej drodze. Angela Gheorghiu, sopranistka, opowiada w filmie jak wielką rolę odegrał w jej życiu Solti, odkrywając ją śpiewającą w „Traviacie" i dając szansę na wieli debiut pod swoją batutą. Miał wtedy 82 lata i wciąż dyrygował z młodzieńczym zapałem. Bo temperament przez całe życie miał ognisty, nie poddający się sztampowym oczekiwaniom.
- Zależy ci na jakości – jestem miły. Nie zależy – jestem nieprzyjemny – śmiał się.
- Był jak bokser wychodzący na ring – wspomina jeden ze śpiewaków. Urodzony na Węgrzech w 1912 roku jako syn pośledniego żydowskiego przedsiębiorcy od dziecka pobierał lekcje muzyki razem ze swoją siostrą. Miał talent pianistyczny i akompaniował siostrze śpiewaczce.
- Nienawidziłem tego, bo miałem lepszy słuch niż ona – wspominał ze śmiechem.
Miał 12 lat kiedy został uczniem Akademii Muzycznej, był uczniem samego Beli Bartoka – jednym z najlepszych. Przełomem był festiwal w Salzburgu, na którym w 1937 roku towarzyszył sławnemu Arturowi Toscaniniemu. Zadebiutował dyrygując „Wesele Figara" Mozarta – i od razu poczuł się szczęśliwy. W 1939 roku, za radą matki, został w Szwajcarii po jednym z koncertów.
Był pierwszym żydowskim muzykiem, który podjął w Niemczech pracę po wojnie – zatrudniając się w monachijskiej Operze. To był jego poligon doświadczalny – zrealizował tam 25 premierowych wystawień oper.
- Zrobiłbym wszystko – zabiłbym własnego dziadka gdybym potrzebował pracy – płomiennie wyznaje w filmie w archiwalnym nagraniu. Pracował dużo i owocnie: z Operą Królewską współpracował przez 40 lat, w 1961 roku został dyrektorem artystycznym Covent Garden. Miał ambicję stworzenia najlepszego zespołu na świecie i to mu się udało – jak twierdzą nawet jego krytycy. Pracował też z londyńskimi filharmonikami i Chicagowską Orkiestrą Symfoniczną, która za jego sprawą w ciągu ćwierćwiecza przeistoczyła się z prowincjonalnej w jedną z najistotniejszych na świecie. Ale był też kategoryczny wielbiąc pracowitość i talent - kompletnie lekceważył miernotę. Na londyńskiej ścianie wzdłuż której wychodził z londyńskiego gmachu pojawiały się napisy: „Solti musi odejść", porysowano mu samochód...
- Nazywali mnie pruskim sukinsynem i węgierską katastrofą – miałem wiele ładnych przezwisk – wspomina w filmie.
Ale Solti robił swoje. Do dziś klasycznym bestsellerem wszechczasów pozostaje nagrany przez niego w studiu wagnerowski „Pierścień Nibelunga" – 22 godziny muzyki utrwalonej na stereofonicznych płytach – wówczas całkowite novum.
- Miał w oku niesamowity błysk – pamięta Kiri Te Kanawa, wokalistka. – Oglądał się za dziewczętami. Był dżentelmenem i traktował kobiety jak kobiety. Zawsze maestro.
I tu dodać trzeba, że dwukrotnie był żonaty: pierwsza z jego wybranek porzuciła dla niego męża z którym była wówczas w ciąży, druga – była dziennikarką BBC, która przyszła do niego na rozmowę...
Dwa dzieła Soltiego, zmarłego w 1997 roku, trwają do dziś. Pierwszym jest znajdująca się w jego toskańskiej willi, w której spędzał letnie wakacje przez ostatnich 35 lat życia – akademia muzyczna jego imienia, w której odbywają się kursy mistrzowskie. Drugim dziełem są odbywające się każdego roku koncerty dla pokoju, które zapoczątkował w 1995 roku, kiedy zaprosił do Genewy swoich przyjaciół z różnych krajów, by zagrali razem koncert.
- I faszyzm i komunizm nauczyły mnie żarliwej wiary w pokój – tłumaczył. Polecam.
Małgorzata Piwowar