Trawestując to, co mówi Donna Evarista de las Cuebas (świetna Ewa Kaim), że wszystko rozumie, tylko nie chce się jej nad tym zastanawiać – nie wszystko rozumiem, ale bardzo bym chciał. Zobaczyłbym spektakl drugi i trzeci raz. A niektóre sceny – na zwolnionych obrotach, by rozkodować sensy skompresowane w błyskotliwej paradzie konwencji, kostiumów i scenograficznych fajerwerków.

Klata, przypominając groteskową powieść Romana Jaworskiego z 1925 r., pokazał, że był on bliski Witkacemu. Podzielając jego katastrofizm, opisał próbę odrodzenia uczuć metafizycznych, która okazuje się amerykańskim szwindlem. Z "Wesela hrabiego" musiał czerpać Gombrowicz. Oparte jest na motywie świeckiego rytuału z ofiarą, która wieńczy pojedynek miliarderów Yetmeyera i Havemeyera.

Yetmayer Krzysztofa Globisza to obrotny Mr Dollar o kroku Kaczora Donalda, w kiczowatym kowbojskim kostiumie, a potem – niczym raperski menago – w białych najkach i czarnej czapce z daszkiem do tyłu. Chce ożywić fikcję zaklętą w obrazach kolekcjonera Havemeyera (Roman Garncarczyk). I odrodzić ludzkość podczas pantomimy nawiązującej do dzieła El Creco "Pogrzeb hrabiego Orgaza" z Toledo. Słowa Yetmayera są jak credo naszych czasów: tylko fikcja jest praktyczna, poprzez fikcję można zakorzenić ludzkość w rzeczywistości.

Miliarder wykupuje dom Don Kichota w Toledo, organizuje światowy kongres, globalną transmisję i zarabia na tańcu, który staje się substytutem dawnych doznań religijnych.

Refleksja oryginalna 100 lat temu, w czasach marketingowej czarnej magii, mogłaby wypaść banalnie. Ale nie w wykonaniu Krzysztofa Globisza, który stworzył, kolejną po roli Kmicica w "Trylogii", kreację. Jest syntezą stylu Gustawa Holoubka i Tadeusza Łomnickiego. Słowa i treści wyrysowane gestem nabierają żywych kształtów. To aktorstwo trójwymiarowe, o precyzji HD. Artysta obdarzony nieszczupłą przecież sylwetką unosi się ponad sceną i płynie przez cyberprzestrzeń teatralnego matriksu. Świetny jest Juliusz Chrząstowski w roli Igora Podrygałowa, okrutnego baletowego satrapy w kostiumie i z mimiką Iwana Groźnego. Scena "Święta wiosny", gdy Chrząstowski tańczy na czele aktorów Starego postmodernistyczne esy floresy w stylu Diagilewa – z jednej strony zapiera dech w piersiach, z drugiej zaś rozsadza ją niepohamowanym śmiechem. Rewelacyjna parodia i obraz szalbierstwa sztuki w jednym! Choreograf Maćko Prusak roztańczył zespół Starego. W przedśmiertnym dancingu aktorzy pokazują coś więcej niż taniec: sami stali się rytmem skreczowanej płyty. Przenoszą na scenę najmniejsze drżenie gramofonowej igły.

Ewa Kaim bawi się corridą, tańczy flamenco i kokietuje kostiumem, który przypomina królewskie łoże. Jacek Romanowski mówi monolog z balkonu ponad widownią, wisząc głową do dołu. Jego Bramin Onczidaradhe nie wierzy w tybetańskie mądrości tak jak chiński papież taoizmu A-to-tso (Tadeusz Huk). Polskim sposobem na szczęście jest cierpienie. Albo życie z głową w chmurach tytoniowego dymu z cygara kościelnego VIP. I to reżyser pokazał. Chwilami można dostać oczopląsu, bo myśli obrazami. Gombrowicz powiedziałby: koniec i bomba, kto oglądał ten trąba. Witkacy: tak zwana ludzkość w obłędzie. A Klata udowodnił, że najlepiej sprzedaje się iluzja.