Na początku było opowiadanie Isaaca Bashevisa Singera o żydowskiej dziewczynie z polskiego sztetla, która sprzeciwiła się tradycji i chciała się uczyć. Pragnęła żyć jak mężczyzna, ale nie była w stanie oszukać natury i zakochała się w koledze z jesziwy. I, jakby tego było mało, wybranek wplątał ją w nieprawdopodobny wręcz trójkąt, w którym to ona miała zastąpić jego w męskiej roli.

Jeszcze zanim autor „Sztukmistrza z Lublina” (w 1978 roku) dostał literackiego Nobla, historią zainteresowała się Barbra Streisand. Była jeszcze wtedy wschodzącą gwiazdą amerykańskiej muzyki bez aktorskiego dorobku, a to miało być jej wielki debiut w świecie kina. Jednak za pierwszym razem pisarz odmówił ekranizacji. Streisand nie ustępowała i w roku 1983 doprowadziła do realizacji filmu. Była nie tylko jego gwiazdą, ale też reżyserką, producentką i współscenarzystką. Adaptacja odniosła sukces finansowy, piosenka Michaela Legranda dostała Oscara, a „Jentl” weszła do kanonu popkultury.

Spektakl w Teatrze Żydowskim to polska adaptacja wersji teatralnej autorstwa Lei Napolin, która była przebojem Broadwayu w roku 1975. W tym kontekście pomysł, by napisać nowe piosenki, wydaje się w pełni zrozumiały, bo te oryginalne mocno się zestarzały (nie mam tu na myśli hitów Michaela Legranda „Papa Can You Hear Me” czy „The Way On Makes Me Feel”), bo one pojawiły się tylko w wersji filmowej). Zresztą, powiedzmy sobie jasno, oryginalny tekst sztuki nie jest mocną stroną przedstawienia. Dialogi brzmią nieco deklaratywnie i, mimo skrótów dokonanych przez inscenizatorów, dramaturgia co jakiś czas siada. A jednak publiczność przyjmuje spektakl entuzjastycznie, owacjami na stojąco. Dlaczego? To przede wszystkim zasługa świetnej muzyki, żywej inscenizacji i, robiącej wrażenie, oprawy (brawa za kostiumy i scenografię dla Katarzyny Borkowskiej).

Najlepsze w spektaklu Roberta Talarczyka są sceny zbiorowe. Zespół Teatru Żydowskiego pokazuje wtedy, że ma duży wokalny potencjał i że można z nim wystawiać musicale na poziomie. A kompozycje Hadriana Filipa Tabęckiego naprawdę dają aktorom szansę pokazania umiejętności. Muzyka brzmi bardzo nowocześnie, mimo że używa się klasycznego instrumentarium (kojarzonego z kulturą żydowską) - takiego jak klarnet, cymbały czy akordeon, a elektronika jest wykorzystywana incydentalnie.

Najciekawsza jest jednak odpowiedź na pytanie o czym jest „Jentl” w dzisiejszej Polsce. I okazuje się, że tekst niespodziewanie zyskał na aktualności w związku z naszymi sporami światopoglądowymi. Opowieść o kobiecie, która chce pełni praw nalężących do mężczyzn na pewno spodoba się feministkom, choć nie jestem już pewien czy spodoba im się myśl, że może to być też pułapka. Ale jeszcze ciekawsze są pytania stawiane tu o płeć kulturową, czyli ni mniej ni więcej tylko o demonizowany gender. Co czyni człowieka w społeczeństwie mężczyzną, a co kobietą? Cóż, dylematy Jentl nawet dziś okazują się aktualne.

„Jentl” Isaac Bashevis Singer i Leah Napolin, reż. Robert Talarczyk, Teatr Żydowski w Warszawie, premiera 26. listopada