"Rzeczpospolita": Czy podrywały pana młode dziennikarki i studentki, czego doświadcza poeta Laurenty?

Jerzy Stuhr:
Nie przypominam sobie. Ale wyreżyserowałem film „Historie miłosne" i jedna z nich opowiada o pracowniku naukowym, filologu, i studentce, którą grała Dominika Ostałowska. To był jej debiut. Nasz bohater, kiedy romans zaczynał przybierać kształt fizyczno-cielesny, nagle zrejterował. „Gdybym nie zrezygnował z romansu – mówił potem – to przy tak dużej różnicy wieku i doświadczeń ona mogłaby mieć nade mną władzę całkowitą". Kobieta ma straszną władzę nad mężczyzną, jeśli chce. A im większa różnica wieku, tym władza większa. W związku z tym towarzyszyła mi w życiu daleko idąca ostrożność, dzięki której zyskiwałem poczucie wolności, niezależności. Kto wie: może dlatego żyję w szczęśliwym związku, że moja żona szybko się zorientowała, jak bardzo wielki musi być obszar mojej wolności? I zaakceptowała to. A wracając do studentek... Otóż mają to do siebie, że denerwują się przy pedagogu, a to już nie jest sexy. Podobnie jest w spektaklu i mojemu bohaterowi przestaje się chcieć.

Dlatego starsi mężczyźni wybierają piękne idiotki. Mają seks, kontrolę i wolność.


Dziennikarka w spektaklu też jest idiotką, co nie przeszkadza, że po śmierci Laurentego zostaje spadkobierczynią dzieła i dyrektorką muzeum poświęconego mężowi. A ileż to my widzimy takich pań, które książki piszą i opowiadają o swoich mężach na spotkaniach.

A nie są jak Rita Gombrowicz.

Właśnie. Jedno drugiemu nie przeszkadza. Dlatego na koniec sztuki wdowa, faustowska Małgorzata, staje się główną bohaterką. A i służąca Pelagia też by tak chciała. A nasz Laurek zmarmurzał! Pozostał po nim posąg.

Mamy też śmieszność starszego mężczyzny pragnącego odrodzić się u boku młodej kobiety.

Ileż to ja razy widziałem. Winny jest narcyzm. To on każe pokazywać się z coraz młodszymi partnerkami. Ale nasz bohater jest też ofiarą prozy życia. Męczą go codzienne rytuały, zupy, lekarze, co powoduje, że traci moc twórczą. To jest jego główny dramat i każdego, kto czasem próbuje być artystą. Jest takie zdanie, które chciałbym uczynić mottem przedstawienia. „Mihi penas inciderant" – „Podcinają mi skrzydła".

Tytuł sztuki to wskazówka: poeta jest sprowadzony do parteru przez codzienność. Jest też psem na baby.

Pojemność tytułu i utworu jest przeogromna. Na przykład „na czworakach" może być i prowokacją, i powrotem do domu. Chciałbym też pokazać, że wszystko dzieje się w głowie Laurentego. Kto robił takie przedstawienia? Tadeusz Kantor. On jest moim wielkim przewodnikiem. Tylko że Kantor sam układał sobie scenariusze, a ja muszę konfrontować moje laury, medale i nagrody z tekstem Różewicza.

Pana role zawsze są zabezpieczone autoironią.

I to idealnie pasuje do Laurentego. Dlatego wybrałem ten tekst. Poza tym wpasowuje się w moje obecne życie. Myślę, że samo moje pojawienie się na scenie uwiarygodni sztukę Różewicza.

Co jest niebezpieczne dla artysty o takim dorobku jak pan – mistrza, profesora?

Dwór zawsze podsuwa rozwiązania, które trzeba podjąć, żeby jemu było wygodnie. Trzeba być szalenie czujnym, żeby nie poddać się fali komplementów. Warto na siebie patrzeć w takich sytuacjach okiem Mrożka. Musiałem sobie to wypracować, aby się bronić, żeby – parafrazując Andersena – wiedzieć, kiedy się jest nagim. A dworem była przez 12 lat szkoła teatralna w Krakowie i nie chodzi bynajmniej o studentów, tylko o pedagogów, całe grono pedagogiczne, które robi z rektora króla. Teraz dworem są ekipy, którym szefuję w filmie i teatrze. Dlatego muszę być apodyktycznym szefem, a nie demokratycznym.

A rodzina, a syn?

Dzieci mają swoje życie. Zresztą zawsze unikałem bycia królem w domu. Raczej usuwam się w cień.

Jak Dulski?

Oj, tak. Mój ojciec też wychodził z domu na długie spacery i odziedziczyłem to po nim. Wypowiadam się na temat rodziny, ale zazwyczaj to żona jest tubą moich myśli. Co innego na scenie i w teatrze, gdzie muszę wysłuchiwać wszystkich, a decyzję podejmować sam. Mój przyjaciel Krzysztof Kieślowski opowiadał, że podchody ekipy są jak całodzienne menu. Rano scenograf coś podpowiada i jakbyś jajecznicę dostawał na śniadanie. Potem aktorzy karmią słodyczami, a ktoś podsunie kotlet schabowy. – Tylko wieczorem ktoś tę kupę musi zrobić! – mawiał Kieślowski, człowiek bardzo uduchowiony.

W tekście jest napięcie między starością i młodością, ale dziś mamy młodzieńców i po siedemdziesiątce: Jaggera czy McCartneya.

A ja bym chciał się zestarzeć godnie. Boli mnie, gdy widzę starszych ludzi, którzy tracą godność, bo ich zachowanie nie jest na miarę wieku. Profesor Aleksander Bardini zapytany kiedyś, co robił przez ostatnie dziesięć lat, odpowiedział, że przygotowywał się do starości. Bo trzeba się przygotować mentalnie. Myślę, że mnie już nie wypada skoczyć do wody na główkę. Powinienem wejść do basenu godnie. Nie chcę też wpychać się na siłę do środowisk, które myślą inaczej niż ja.

Różewicz parodiował teatr absurdu, nie wierzył w kolejne rewolucje i mutacje.

Tak, ale nie da się już wytworzyć iluzji. Chociaż jak grałem „Kontrabasistę", jacyś muzycy dogadywali z widowni: „Tak jest, jak pan mówi, takie francowate to życie". Dlatego wolę pokazać cudzysłów formy. Na pewno nie chcę się tytłać na scenie jak wielu moich kolegów i studentów. Jak mówił Sławomir Mrożek: „Jestem poza sytuacją". Świadomie. Nigdzie się nie pcham, ale też nie dam się wciągnąć.

Różewicz poprzez postać Hermafrodyta dotknął 40 lat temu tematu odmienności seksualnej, która dziś zalewa teatr.

Zalewa, ale ja jestem poza sytuacją. Seksualność zawsze była dla mnie kwestią intymną. Tak jak religia. Właśnie dlatego, że uważam się za człowieka religijnego, w latach 80. nie mogłem recytować wierszy w kościele. No to uważano mnie za ubeka i kolaboranta! Nigdy bym się też nie pochwalił swoją orientacją i sprawnością seksualną. Coming out jest dla mnie formą niedyskrecji. Ale może mnie to drażni, bo nie miałem nigdy problemów z okazywaniem uczuć w teatrze i filmie? A jeżeli muszę robić to publicznie, wtedy bronię swojej prywatności. Jestem poza sytuacją!