Protestujący wzorem Ukraińców z kijowskiego Majdanu wznosili barykady i zapory z płonących opon. Po południu setki demonstrantów ruszyły w stronę głównej siedziby rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Policja użyła armatek wodnych i gazu łzawiącego. Gdy demonstranci zaczęli odpalać w stronę policjantów race i fajerwerki, w ich stronę poleciały gumowe kule. W trakcie zajść splądrowany został oddział państwowego banku Ziraat. W końcu policja rozproszyła tłum, kilkadziesiąt osób zostało aresztowanych.

Do podobnych burzliwych protestów doszło w Ankarze i Izmirze. Spokojniejszy przebieg miały demonstracje w siedmiu innych miastach.

– Ostatnia fala protestów nie jest zaskoczeniem – mówi „Rz" Hadi Fakura z londyńskiego Chatham House. – Obserwujemy drugą odsłonę rozpoczętej pod koniec zeszłego roku walki pomiędzy rządzącą AKP i jej dawnymi sojusznikami z ruchu Fetullaha Gülena.

Wątpliwe, by kolejne uliczne zajścia doprowadziły do przesilenia, na co liczą przeciwnicy rządu. – Uspokojenie przyniosą zapewne dopiero marcowe wybory samorządowe. Obecny układ sił wskazuje, że partia Erdogana mająca w sondażach nawet 45-proc. poparcie może w nich liczyć na sukces – mówi Fadi Hakura.

Pretekstem do najnowszych demonstracji stało się ujawnienie „taśm prawdy" Erdogana. Nagranie głosowe (i jego transkrypty krążące w internecie) to podobno rejestracja rozmowy telefonicznej premiera Turcji z jego synem Bilalem. W jej trakcie obaj zastanawiają się, jak ukryć znaczne sumy pieniędzy przed policją.

Rozmowa miała się rzekomo odbyć 17 grudnia zeszłego roku, gdy podczas „politycznego puczu" przeciwników obecnej władzy związani z ruchem Gülena prokuratorzy i oficerowie policji dokonywali rewizji w domach polityków z kierownictwa AKP w poszukiwaniu dowodów korupcji.

Autentyczności upublicznionych rozmów nie da się potwierdzić, choć ich treść nosi cechy prawdopodobieństwa. Fakt, że konkurencyjny dziś wobec AKP ruch Gülena (islamskiego przywódcy żyjącego na emigracji w USA) miał od dawna wielkie wpływy w prokuraturze i policji, może oznaczać, że jest to wynik ujawnienia autentycznych podsłuchów. Z drugiej strony wysokiej klasy specjaliści byli w stanie przygotować profesjonalną prowokację.

Erdogan konsekwentnie odrzuca wszelkie zarzuty. Jego urząd w oficjalnym komunikacie uznał nagranie za fałszywkę i pozbawioną wartości dowodowej „brudną, niemoralną fabrykację". Podobne oświadczenia towarzyszyły wcześniejszym podobnym publikacjom.

Nagrania kompromitujących rozmów telefonicznych już kilka razy przypisywane były wysokim urzędnikom państwowym i członkom kierownictwa AKP.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Zarzuty wobec Bilala Erdogana, 33-letniego syna premiera, pojawiły się w grudniu na fali oskarżeń o powszechną korupcję w kręgach władzy (do aresztu trafiło wówczas kilkadziesiąt osób, w tym synowie dwóch ministrów i szef dużego banku państwowego banku Halk).

Politycy opozycyjnej Republikańskiej Partii Ludowej domagają się wyjaśnienia podejrzanych związków Bilala Erdogana z saudyjskim biznesmenem Yasinem Al-Kadim, którego władze amerykańskie oskarżają o wspieranie islamskich fundamentalistów w kilku krajach.

Al-Kadi podobno pojawiał się kilka razy w Turcji, otrzymał oficjalną ochronę i spotykał się z synem premiera. Jeszcze w 2006 r. sam Recep Tayyip Erdogan brał w obronę Saudyjczyka, dowodząc, że podejrzenia Amerykanów nie mają podstaw.

Na razie nie ma szans na wyjaśnienie zarzutów wobec Bilala Erdogana. – Premier i jego otoczenie zrobili wszystko, by odebrać broń przeciwnikom. Stanowiska stracili prokuratorzy mogący oskarżyć ludzi ze szczytów władzy, tak więc postępowania te na razie można uznać za zamknięte – mówi Fadi Hakura.