Premier Ali Zidan stracił we wtorek stanowisko, gdy nie był w stanie przywrócić zwierzchności rządu nad wschodnimi regionami Libii kontrolowanymi przez zbuntowane grupy rebelianckie.

Deputowani Powszechnego Kongresu Narodowego (parlamentu) przegłosowali wotum nieufności i na stanowisko tymczasowego szefa gabinetu powołali Abdullaha as-Saniego, dotychczasowego ministra obrony. Nowy premier ma zostać wyłoniony w ciągu dwóch tygodni.

Powodem kryzysu rządowego stała się sprawa tankowca „Morning Glory". Pływająca pod północnokoreańską banderą, ale należąca do saudyjskiego armatora, jednostka przybiła do portu przeładunkowego libijskiej ropy w as-Sidrze w środę. Tankowiec załadował 234 tys. baryłek ropy i ogłosił wyjście w morze.

Wtedy odezwali się menedżerowie kontrolującego terminal naftowy państwowego koncernu petrochemicznego al-Waha i przedstawiciele rządu w Trypolisie, którzy ostrzegli załogę przed konsekwencjami opuszczenia portu, łącznie z atakiem marynarki wojennej.

Problem polega na tym, że port as-Sidr jest jednym z trzech centrów przeładunkowych zajętych przez  rebeliantów, którzy w lipcu zeszłego roku wypowiedzieli posłuszeństwo władzom w Trypolisie. Od dawna ich głównym hasłem jest żądanie większego udziału w dochodach z eksportu ropy.

Oddział rebeliantów pod wodzą lokalnego dowódcy Ibrahima Dżathrana, który kontroluje port w as-Sidrze, zdecydował, że zacznie sprzedawać ropę z pominięciem rządu w Trypolisie.

Opuszczenie portu przez załadowany tankowiec stwarza niebezpieczny dla władz centralnych precedens, dlatego rząd w Trypolisie usiłował do tego nie dopuścić. W praktyce okazało się jednak, że zapewnienia Alego Zidana o tym, iż wojskowe łodzie patrolowe „eskortują tankowiec", nie mają żadnych podstaw. Małe libijskie łodzie w sztormowej pogodzie nie były w stanie ścigać wielkiego statku, który bez przeszkód wypłynął na wody międzynarodowe.

Konflikt na tle prawa do eksportu ropy doskonale ilustruje problemy, z jakimi zmaga się Libia dwa i pół roku po obaleniu dyktatury Muammara Kaddafiego. Kraj, a zwłaszcza jego wschodnia część, stał się polem rywalizacji dziesiątek grup zbrojnych i milicji plemiennych.

Plagą stały się walki między nieuznającymi żadnej władzy grupami i brutalna przestępczość. Po rozgrabieniu w czasie powstania w 2011 r. magazynów wojskowych w ręce milicji i grup przestępczych wpadła duża ilość broni, a armia i słabo zorganizowane siły bezpieczeństwa nie gwarantują kontroli rządu.

Od sierpnia ubiegłego roku nie znalazł się kandydat na stanowisko ministra spraw wewnętrznych w rządzie centralnym, który podjąłby próbę przywrócenia porządku publicznego. Tymczasem w wyniku napadów, walk i porachunków w ciągu dwóch lat zginęło już ponad 1200 osób.

Ośrodkiem niepokojów stało się Bengazi, największe miasto wschodniej Libii. Tylko w ciągu jednego tygodnia zabito siedmiu egipskich kupców, francuskiego inżyniera i sześciu Libijczyków. Fala przemocy wywołała protesty mieszkańców, ale ich żądania przywrócenia porządku trafiają w próżnię, ponieważ nawet miejscowa policja musi troszczyć się głównie o własne bezpieczeństwo.

Dodatkowo na wschodzie Libii uaktywniły się grupy skrajnych islamistów, których centrum stało się miasto Derna. Radykałowie terroryzują mieszkańców, jeśli uznają, że nie wykazują się oni dostateczną gorliwością religijną.