„Potępiamy Federację Rosyjską za dalsze naruszanie integralności terytorialnej i suwerenności Ukrainy" – takie zdanie znajduje się w projekcie deklaracji przywódców grupy G7, których dwudniowe spotkanie zaplanowano w Brukseli. Tym razem w gronie najbardziej uprzemysłowionych państw świata (Niemcy, Japonia, Francja, Wielka Brytania, USA, Włochy i Kanada) zabrakło Rosji, po raz pierwszy od 17 lat. Została wykluczona w marcu tego roku w odpowiedzi na aneksję Krymu. Władimir Putin jest więc wielkim nieobecnym.
– Wykluczenie Rosji nie jest najbardziej dotkliwą z sankcji, lecz wpływa niewątpliwie na ego Władimira Putina, który widział w sobie zawsze przywódcę jednego z mocarstw światowych – tłumaczy „Rz" Jan Techau, dyrektor think tanku Carnegie Europe.
Gospodarz Kremla nie został jednak całkowicie wyizolowany z grona światowych przywódców. Już dzisiaj wieczorem pojawi się na kolacji w Pałacu Elizejskim, w którym tego samego wieczoru gościć będzie Barack Obama. Prezydent François Hollande jest zmuszony wydać dwie kolacje, gdyż prezydent USA nie ma zamiaru spotykać się z Putinem. Nie wyklucza krótkiej wymiany zdań w Normandii w piątek, gdzie w uroczystościach 70-lecia lądowania aliantów uczestniczyć będzie 19 szefów państw i rządów. Putin będzie miał tam okazję porozmawiać w Angelą Merkel i Davidem Cameronem. Przerywa w ten sposób ostracyzm polityczny narzucony przez przywódców państw zachodnich. To jego pierwsza wyprawa na Zachód po zagarnięciu Krymu.
Barack Obama zapewniał, że Putin usłyszy z ust swych rozmówców we Francji te same słowa, które prezydent USA skierował do niego we wtorek w Warszawie. Była to oferta stopniowej odbudowy zaufania w zamian za diametralną zmianę polityki wobec Ukrainy oraz spotkanie z prezydentem Petrem Poroszenką będące dowodem uznania nowych władz Ukrainy. Okazja będzie w Normandii, lecz Kreml nie zamierza jej wykorzystać.
Dokładnie to samo proponują Putinowi przywódcy G7 w projekcie oświadczenia, grożąc przy okazji dalszymi sankcjami. Oświadczenie ma zostać opublikowane dzisiaj po zakończeniu rozpoczętych wczoraj wieczorem obrad w Brukseli.
– Nie sądzę, aby Putin mógł kiedykolwiek zostać powtórnie przyjęty do grona, z którego go usunięto – przekonuje „Rz" Andriej Piontkowski, rosyjski politolog krytyczny wobec Kremla. Przypomina, że przyczyną wykluczenia była aneksja Krymu, którego Putin nigdy Ukrainie nie odda. – Dla wielu jego dzisiejszych zwolenników byłoby to równoznaczne z upokorzeniem Rosji, a w konsekwencji oznaczałoby utratę przez Putina władzy – zapewnia Piontkowski.
Jednak nie tylko sytuacja polityczna na Ukrainie jest przedmiotem zainteresowania przywódców G7. Także jej konsekwencje w sferze energetycznej. Deklaracja prezydenta Obamy o otwarciu rynku gazowego USA dla Europy stwarza jakościowo nową sytuację. Ministrowie energetyki G7 przyjęli już kilka tygodni temu w Rzymie 13-punktowy program prowadzący do zmniejszenia zależności od rosyjskiego gazu. Zawiera wiele elementów obecnych także w projekcie unii energetycznej proponowanej przez Donalda Tuska. Wszystko to są jednak plany, których konkretyzacja zajmie wiele czasu.
– Putin da sobie radę bez G7 – twierdzi Kai-Olaf Lang z rządowego niemieckiej rządowej Fundacji Nauka i Polityka. Przede wszystkim dlatego, że formuła G7 już niejako przebrzmiała, gdyż poza elitarnym klubem Zachodu znajdują się Chiny czy Indie. Po drugie, wbrew wielu opiniom nikt już od niego w zasadzie nie żąda kategorycznie zwrotu Krymu. Nie czyni tego także Barack Obama. Tak naprawdę dialog Zachodu z Putinem nie został nigdy zerwany, a swą nieobecność w Brukseli prezydent doskonale zrekompensuje spotkaniami w Paryżu i Normandii.