Licząca 3,5 miliona mieszkańców Mołdawia nie jest już od 1991 roku częścią imperium moskiewskiego. Jednak wizerunek prezydenta Władimira Putina na tysiącach plakatów wyborczych w całym kraju przypominał wszystkim, że gra się jeszcze nie skończyła. Moskwa czyni wszystko, aby włączyć Mołdawię do swego projektu Unii Euroazjatyckiej. Obecne władze w Kiszyniowie liczą jednak na Unię Europejską, z którą Mołdawię łączy od czerwca tego roku umowa stowarzyszeniowa. Nieco wcześniej dla obywateli Mołdawii otwarte zostały granice państw UE wraz z wejściem tego kraju do strefy Schengen. Wczorajsze wybory były w zasadzie referendum na ten właśnie temat.
– Rozstrzyga się los naszego kraju – mówił na wiecach premier Iurie Leanca. – Czy chcecie państwa europejskiego czy też destabilizacji, a nawet konfliktu, jak na Ukrainie? – pytał wyborców. Większość, ale niewielka, nie pozostawiała w sondażach żadnych wątpliwości, że nadzieje na lepsze jutro wiąże z Unią Europejską, i zamierzała głosować na trzy liberalno-demokratyczne partie obecnej koalicji rządowej. Także na Partię Liberalną, która opuściła koalicję przed rokiem.
Prorosyjskie media w Mołdawii udowadniały jednak, że obóz zwolenników zacieśniania więzi z Moskwą nie stoi bynajmniej na straconych pozycjach. Siły prorosyjskie zostały jednak mocno osłabione w ostatnim czasie.
Przede wszystkim z udziału w wyborach zostało wykluczone ugrupowanie Patria, którego lider Renato Usatii w ubiegły piątek ewakuował się do Moskwy w obawie przed aresztowaniem. Zarzut komisji wyborczej dotyczył nielegalnego finansowania kampanii ze środków napływających z zagranicy.
W dodatku mołdawscy komuniści byłego prezydenta Vladimira Voronina rozstali się definitywnie z socjalistami Igora Dodona. Kreml przestał ostatecznie liczyć na komunistów w chwili, gdy poparli układ stowarzyszeniowy z UE. Ulubieńcem Moskwy stał się Igor Dodon, którego Putin zaprosił kilka tygodni temu na Kreml.