Im dłużej trwa dyskusja na temat programu SAFE, tym bardziej staje się absurdalna. Jeśli bowiem wsłuchać się w argumenty polskiej prawicy, to coraz trudniej doszukać się spójności.
Europa jest bezbronna – źle. Zbroi się – to jeszcze gorzej
Politycy prawicy są w stanie równocześnie popierać Donalda Trumpa w jego krytyce Europy, która jedzie na gapę, licząc, że USA zapewnią jej bezpieczeństwo i skrytykować europejski program zbrojeniowy, jako wymierzony przeciw Amerykanom. Albo jedno, albo drugie. Nie można równocześnie zarzucać Unii gnuśności i niedbania o własne bezpieczeństwo i zdolności obronne, a zarazem przekonywać, że prowadzi to do budowy wspólnych europejskich sił zbrojnych, które mają być etapem budowy europejskiego superpaństwa, odbierającego nam suwerenność. Nie można równocześnie wtórować amerykańskim krytykom, którzy twierdzą, że Europa przestała się liczyć w globalnej grze i oburzać się na to, że Europa chce szybciej i skuteczniej podejmować decyzje, skracać łańcuchy dostaw w zbrojeniówce, wzmacniać europejski sektor obronny i rozbudowywać armie.
Nie można równocześnie oburzać się, że Polski znów nie było – nawet jako obserwatora – podczas rozmów w Genewie, gdzie Ukraińcy informowali Francję, Niemcy, Wielką Brytanię i Włochy o przebiegu negocjacji, a równocześnie toczyć wewnętrzną wojnę, prowadzącej do obniżenia polskich zdolności obronnych.
Prawica przekonuje, że SAFE odbierze nam suwerenność. Ale bez silnej armii nie będziemy jej mieli. To wynegocjowany przez polski rząd mechanizm finansowania ze wspólnego, niskooprocentowanego europejskiego długu, daje nam możliwość zakupu większej ilości sprzętu, niż gdybyśmy zadłużali się samodzielnie.