Od tego czasu nastroje przeciwko przyjezdnym jeszcze bardziej się pogorszyły. Do strachu przeciwko terrorystom doszła obawa o konkurencję taniej siły roboczej w boleśniej dotkniętej kryzysem Ameryce. Właśnie dlatego złożona przez Baracka Obamę już na początku prezydentury kolejna obietnica zniesienia wiz nigdy nie została spełniona.
Bruksela przez wiele la odgrażała się, że jeśli Waszyngton nie wprowadzi swobody podróżowania dla pięciu krajów UE, które nadal nie mogą z niej korzystać, wprowadzi wizy dla Amerykanów. Ale gdy w czerwcu tego roku nastał termin podjęcia decyzji, Komisja Europejska poprzestała na okrągłych frazesach. Koszt zablokowania amerykańskich turystów był zbyt wysoki.
Nawet, jeśli wprowadzi się do Białego Domu, Trump także najpewniej nie spełni swojej obietnicy. Ale nie tylko dlatego, że powstrzymanie imigrantów (mur na granicy z Meksykiem) jest jego obsesją. Ameryka to kraj, który pod wieloma względami jest niewydolny. Podstawą do odmowy zniesienia wiz jest irracjonalny miernik subiektywnych odmów przez konsuli wjazdu do USA (musi spaść poniżej 3 proc., w ub.r. dla Polaków 6,37 proc.) a nie obiektywny wskaźnik tych, którzy przekroczyli dozwolony czas pobytu. Ale co ważniejsze, choć zniesienie wiz jest w interesie Waszyngtonu bo umacnia niewielkim kosztem sojusz z ważnym krajem, to jak pokazuje przypadek Feinstein na koniec w Kongresie przeważają partykularne, lokalne układy. Interes całych Stanów Zjednoczonych schodzi na dalszy plan.