Władze Kazachstanu informują, że sytuacja w kraju jest już opanowana. Czy tak jest?

Zależy, co mają na myśli. Wystarczy policzyć, ile wojskowych samolotów transportowych wylądowało, by zrozumieć, że liczba przerzucanych tam sił jest znacznie większa, niż podaje się oficjalnie. Do wielu miast kraju wkroczyły siły wojskowe, a protestujący trafili pod ostrzał. Ludzie się rozeszli, bo ofiary liczy się w setkach, a nawet tysiącach. To mają na myśli władze, mówiąc o opanowaniu sytuacji? W rzeczywistości w Kazachstanie doszło do potężnego wybuchu społecznego, na krótką metę rządzącym może uda się powstrzymać eskalację. Prezydent Kasym-Żomart Tokajew napisał nawet ostatnio na Twitterze, że Ałmaty zaatakowało 20 tys. uzbrojonych terrorystów, ale później usunął ten wpis. Jeżeli zakładamy, że chodzi im o jakieś ugrupowania islamistyczne, to dlaczego udali się do Ałmaty, a nie do stolicy kraju Astany (w 2019 roku miasto przemianowano na Nur-Sułtan ku czci dożywotniego „lidera narodu” Nursułtana Nazarbajewa – red.), i jak przeszli przez całą Azję Środkową? To wszystko nie trzyma się kupy.

Muchtar Abliazow

był bankierem i ministrem w rządzie Kazachstanu, od kilkunastu lat jest uważany za głównego przeciwnika Nursułtana Nazarbajewa. Stoi na czele opozycyjnego ruchu Demokratyczny Wybór Kazachstanu, ogłosił się liderem trwających od początku stycznia protestów. W ojczyźnie został oskarżony o defraudacje i zlecenie morderstwa, w 2018 roku zaocznie skazany na dożywocie. Obecnie mieszka we Francji.

Ogłosił się pan liderem protestów w Kazachstanie. Zorganizował pan te protesty? Myślał pan o powrocie do kraju?

Nie mówiłem, że zorganizowałem te protesty. Gdy protesty wybuchły, nasz opozycyjny ruch Demokratyczny Wybór Kazachstanu zaczął je koordynować i ogłosiliśmy plan działań. Opowiadaliśmy się za pokojowymi protestami, bez kradzieży i przemocy. Apelowaliśmy do ludzi, by rozstawiali namioty pod budynkami urzędów miast. Zakładaliśmy, że gdy zbierze się odpowiednia liczba ludzi, tylko wtedy ruszymy do budynku Ak Ordy (administracja prezydenta) i do budynków władz poszczególnych miast. Chodziło jedynie o zajęcie tych budynków przez ludzi, bez chaosu i wyłącznie w sposób pokojowy. Rządzący mieli się wystraszyć i uciec, wówczas ogłosilibyśmy przejęcie władzy przez rząd tymczasowy. Gdyby wydarzenia potoczyły się w taki sposób, przyleciałbym do Kazachstanu.

Muchtar Abliazow

Muchtar Abliazow

AFP

Ale wydarzenia potoczyły się inaczej. W Ałmaty pojawiły się uzbrojone bojówki, doszło do masowych rozbojów, splądrowano miasto.

Uzbrojone bojówki to ludzie władz. Rządzących wystraszyły protesty i wielotysięczne tłumy na ulicach Ałmaty. Próbowano je stłumić przy pomocy wojskowych i policji, ale niektóre jednostki OMON-u, których zadaniem jest właśnie tłumienie protestów, niespodziewanie przeszły na stronę narodu. Część wojskowych również to zrobiła, protestujący przejmowali opancerzone transportery. W niektórych miastach kraju oddziały policji przeszły na stronę ludzi. Dlatego władze zaczęły szukać pretekstu do użycia broni palnej, by zastraszyć protestujących. Zaangażowano więc grupy kryminalistów, którymi sterują rządzący. Nazwiska tych ludzi są znane od lat. Niektórzy z nich wcześniej już atakowali opozycjonistów na zlecenie służb bezpieczeństwa. Ogłoszono, że w kraju nie ma pokojowych protestujących, tylko bandyci i terroryści. Zaczęto strzelać do ludzi.

Czytaj więcej

W Kazachstanie koniec rewolucji, początek dyplomatycznych sporów
Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Co więc poszło nie tak, jeżeli władze poprosiły o pomoc sojuszników z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB)?

Zobaczyli, że policja masowo przechodzi na stronę narodu. Zrozumieli, że nie mogą liczyć na mundurowych, i zwrócili się w trybie ekspresowym o pomoc do Putina. Nursułtan Nazarbajew, bo to on ciągle rządzi krajem, nie poradził sobie z protestami i sięgnął po obce wojska. Zrozumiał, że traci władzę i powierzył kraj Putinowi. Doszło do okupacji Kazachstanu.

Ale władze Kazachstanu poinformowały przecież, że pierwszy prezydent, 81-letni Nursułtan Nazarbajew, powierzył stanowisko przewodniczącego wpływowej Rady Bezpieczeństwa prezydentowi Tokajewowi. Aresztowano nawet bliskiego współpracownika Nazarbajewa Karima Masimowa, byłego już szefa Komitetu Bezpieczeństwa Narodowego (KNB), a niegdyś premiera. Był bunt na pokładzie?

Przypomnijmy, że protesty przeciwko podwyżkom ceny gazu LPG szybko przekształciły się w protesty antyrządowe. Protestujący domagali się odejścia Nazarbajewa i jego ludzi. Wówczas poinformowano nawet, że bratanek Nazarbajewa, Samat Abisz, stracił stanowisko wiceszefa KNB, ale to nie pomogło, protesty nie ucichły. W miejscowości Tałdykorgan obalano pomnik Nazarbajewa i nikogo za to nie prześladowano. Tokajew zaś poinformował, że zajął stanowisko przewodniczącego Rady Bezpieczeństwa, i nawet padały sugestie, że odsunął Nazarbajewa od sterów rządzenia. Pojawiły się również plotki, że opuścił kraj. Tworzono iluzję, że Nazarbajewa już nie ma. Liczono na to, że to ugasi pożar. Nawet jeżeli wyjeżdżał, to już powrócił. Jego bratanek wciąż jest wiceszefem KNB. A według konstytucji Nazarbajew jest dożywotnim przewodniczącym Rady Bezpieczeństwa. To wszystko było wielkim kłamstwem. Władze jedynie potrzebowały znaleźć winnego, wskazano na Karima Masimowa i oskarżono go o zdradę państwa. To przypomina historię sprzed kilkunastu lat, gdy w Kazachstanie zamordowano opozycyjnego polityka Altynbeka Sarsynbajewa, a winą obarczono kierownika kancelarii Senatu Jerżana Utembajewa (zmarł w 2018 roku – red.). Myślę, że tym razem w Kazachstanie również dojdzie do zamkniętego procesu, wydadzą wyrok i ogłoszą oficjalną wersję wydarzeń.

Czy obecność obcych sił zmieni politykę władz Kazachstanu, które dotychczas prowadziły wielowektorową politykę zagraniczną i próbowały balansować pomiędzy Rosją, Zachodem i Chinami?

To, o czym pan powiedział, nigdy nie miało miejsca. To była jedynie dekoracja. Kupowano lobbystów, wśród których znaleźli się tacy jak Tony Blair (były premier Wielkiej Brytanii – red.), tworzono piękny wizerunek na Zachodzie. W rzeczywistości to skorumpowana dyktatura, której celem było utrzymanie władzy. Dlatego dopuszczono do kazachskich złóż ropy Amerykanów, Rosjan i Chińczyków. Nazarbajew balansował nie po to, by być neutralnym, ale po to, by czuć się bezpieczniej.

Czytaj więcej

Bogusław Chrabota: Kazachstan, nowy problem w Azji

Ale w ostateczności zaproszono pokojowe siły sojuszników z ODKB na czele z Rosjanami.

To żadne siły pokojowe. W zasadzie to jest okupacja. Dlaczego? Bo Nazarbajew ma 81 lat, nie panuje nad tą sytuacją, oparł swoją władzę na rosyjskiej armii, bo na własnych żołnierzy i policję nie może już w pełni liczyć. Ale Putin ma swoje interesy, odbudowuje imperium na wzór dawnego Związku Radzieckiego. Jeżeli z jakichś przyczyn gospodarz Kremla stwierdzi, że musi odsunąć Nazarbajewa od władzy, wszystkie stery rządzenia znajdą się w rękach Tokajewa, a ten przecież i tak pełnił jedynie rolę fotela, na którym siedział Nazarbajew. Może zostać fotelem Putina, będzie mówił i robił wszystko po myśli Kremla. Jeżeli Zachód nie zainterweniuje i będzie biernie się przyglądał, taki scenariusz może wcielić się w życie.

A co może zrobić Zachód?

W Kazachstanie długo nie utrzymają władzy bagnetami. Gdy ludzie sobie uświadomią, że doszło do zewnętrznej interwencji, gdy stłumią w sobie strach, zacznie się opór. Do destabilizacji może dojść już w całej Azji Środkowej, będzie gorzej niż w Afganistanie. Zachód będzie musiał zapłacić gigantyczną cenę, by powstrzymać falę uchodźców stamtąd. Jeżeli nie wprowadzi sankcji uderzających w Putina i Nazarbajewa, może być za późno.

Jak Zachód ma wprowadzać sankcje, jeżeli w Kazachstanie są obecne amerykańskie, brytyjskie i inne zachodnie korporacje?

Na początek można uderzyć w rachunki bankowe Nazarbajewa i ludzi z jego otoczenia. Sankcje muszą zmusić do odejścia jego reżim, ale też do wyprowadzenia stamtąd rosyjskich wojsk.

Czy sytuacja w Kazachstanie może mieć wpływ na poniedziałkowe rozmowy Rosji z USA?

Putin lubi tworzyć sytuacje, w których może coś za coś wytargować. Wycofać się z jednej pozycji, ale zachować dla niego najważniejszą. Myślę, że temat Kazachstanu będzie obecny w trakcie tych rozmów i może nawet być potraktowany jako karta przetargowa. Putin trzyma w napięciu Ukrainę, a teraz pokazuje, że jest również w Kazachstanie. Przekaz jest prosty – albo będziecie ze mną się dogadywać, albo konflikt będzie się poszerzał. Wielu mądrych ludzi mówiło w przeszłości, że Putin rozumie jedynie język siły. Jeżeli rozmowy z Amerykanami zakończą się niczym, będzie połykał kolejne kraje i rozszerzał strefę wpływów. W ostateczności to może doprowadzić do destabilizacji, również w Rosji. Niegdyś Clinton obawiał się, że jak rozpadnie się Rosja, to nie wiadomo, w czyich rękach znajdzie się broń atomowa. Jeżeli Zachód nie powstrzyma Putina, cała przestrzeń postradziecka może się przekształcić w straszny kocioł niestabilności.