W odstępie zaledwie kilku tygodni amerykański przywódca zapowiedział zakończenie dwóch „odwiecznych" konfliktów. Interwencje USA w Afganistanie i Iraku zasadniczo się jednak różnią. Pierwsza była „legalna": wydała na nią zgodę Rada Bezpieczeństwa ONZ. Zrozumiały był też jej powód: Talibowie dali gościnę Al-Kaidzie, która dopuściła się zamachów na Nowy Jork i Waszyngton w 11 września 2001 r.

Uderzenie na Irak od początku było zaś „splamione" kłamstwami. Niedawno zmarły sekretarz obrony Donald Rumsfeld zapewniał, że dysponuje „niezaprzeczalnymi" dowodami na związek Saddama Husajna z przywódcą Al-Kaidy Bin Ladenem. Ale takich nie miał. Podobnie jak nie było dowodów, że iracki dyktator posiada broń masowego rażenia. Chodziło jednak o to, aby przekonać do wojny sceptyczną amerykańską opinię publiczną. Nie udało się to jednak na poziomie międzynarodowym. Przeciwko konfliktowi opowiedzieli się ówcześni przywódcy Francji i Niemiec – prezydent Jacques Chirac i kanclerz Gerhard Schröder – wywołując największy kryzys w stosunkach transatlantyckich od II wojny światowej. Amerykanom nie udało się też zdobyć poparcia Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Decyzja o ataku w marcu 2003 r. została podjęta w bardzo wąskim gronie – oprócz George'a W. Busha i Donalda Rumsfelda kluczowy udział miał w niej wiceprezydent Dick Cheney. Pierwszy cel interwencji, obalenie reżimu Saddama, został osiągnięty błyskawicznie. Iracka armia, uważana za jedną z najpotężniejszych na Bliskim Wschodzie, rozpadła się jak domek z kart. Jednak Amerykanie, słabo orientujący się w irackich realiach, szybko popełnili szereg błędów. Świat z przerażeniem patrzył, jak są łupione muzealne kolekcje Iraku, jednego z krajów o najdłuższej historii. Poza nawias społeczeństwa odsunięto funkcjonariuszy reżimu i kadrę wojskową. W przytłaczającej większości sunnici zostali od razu wrogo nastawieni do nowych porządków, a ponieważ posiadali broń i wiedzieli, jak się nią posługiwać, zaczęli czynną walkę z Amerykanami.

Dziś Pentagon podaje, że w działaniach zbrojnych zginęło ponad 4,7 tys. amerykańskich żołnierzy. Departament Obrony nie prowadzi rachuby ofiar irackich. Szanowany portal iraqbodycount.org ocenia, że jest ich 288 tys. Prawdziwa liczba może być jeszcze większa. Już w 2006 r. brytyjski periodyk medyczny „The Lancet" na podstawie ankiety w domach Irakijczyków uznał, że bezpośrednio i pośrednio z powodu interwencji zginęło 655 tys. mieszkańców kraju.

Kolosalne okazały się też koszty interwencji. Pentagon szacuje je na ok. 1,5 bln dolarów, mniej więcej tyle, ile Niemcy zapłaciły za zjednoczenie i odbudowę byłej NRD. O ile jednak w tym ostatnim przypadku efekty są namacalne, o tyle w Iraku jest o nie o wiele trudniej. Anthony Cordesman, jeden z najbardziej szanowanych amerykańskich ekspertów, związany z waszyngtońskim Center for Strategic and International Studies (CSIS) uważa, że Irak to przykład „państwa upadłego". Z kolei firma doradcza Mercer, która co roku publikuje analizę jakości życia w najważniejszych miastach świata, umieszcza Bagdad na końcu rankingu. Co prawda w ub.r. Irak produkował 4,1 mln baryłek ropy dziennie, ustępując jedynie USA, Rosji, Arabii Saudyjskiej i Kanadzie, jednak poziom życia (10 tys. USD na mieszkańca rocznie przy uwzględnieniu realnej mocy nabywczej) pozostaje niemal cztery razy niższy niż w Polsce. Oba kraje dzieli więc przepaść.

Być może Ameryka największą cenę za tę wojnę zapłaciła jednak na polu geostrategicznym. Gdy przystępowała do interwencji, miała za sobą 12 unikalnych lat: po rozpadzie ZSRR stała się jedyną superpotęgą świata. Wojna w Iraku tak pochłonęła jednak Stany i zniechęciła społeczeństwo do interwencji zamorskich, że najpierw Rosja w dawnych republikach ZSRR, a potem Chiny w Azji Południowo-Wschodniej zaczęły odbudowywać swoje strefy wpływów.

Na samym Bliskim Wschodzie największym beneficjentem upadku reżimu Saddama okazał się Iran, który, korzystając z wprowadzenia demokracji w kraju z większością szyicką, zdobył dominujący wpływ w Bagdadzie. Destabilizacja regionu pozwoliła też na umocnienie pozycji Teheranu w Syrii i Libanie. To może okazać się trwałym układem, bo Ameryka dzięki eksploatacji złóż gazu i ropy łupkowej nie musi już importować surowca z regionu, a koncentruje się na rywalizacji z Chinami.

Stany mogą wróć na Bliski Wschód, tak jak w 2011 r., gdy zaczęło funkcjonować tzw. Państwo Islamskie. Na razie się na to jednak nie zanosi.