W związku z tym, że FBI podtrzymała swoje twierdzenia o tym, że ataku dokonali hakerzy inspirowani przez Koreę Północną, rząd USA zdecydował się w piątek na objęcie sankcjami trzech firm z KRL-D działających za granicą i dziesięciu urzędników. Organizacje objęte sankcjami to Generalne Biuro Wywiadu (główna instytucja wywiadowcza KRL-D), firma Tangun prowadząca badania rozwojowe uzbrojenia i Komid – oficjalnie główny północnokoreański eksporter broni.
Objęte sankcjami osoby to przedstawiciele firmy Komid w Rosji, Syrii, Iranie i Sudanie. Wskazanie na nich ma zapewne utrudnić eksport koreańskiej broni, co jest źródłem sporych dochodów reżimu. Nie można wykluczyć, że występujące w ostatnich dniach grudnia całkowite, kilkugodzinne wyłączenia internetu w Korei Północnej także były formą ukarania reżimu, choć oficjalnie nikt nie potwierdził, że awarie były skutkiem celowego działania.
Słaba groźba
– Nie sądzę, by takie sankcje mogły wywołać poważniejszy skutek – mówi „Rz" Nicolas Levi, ekspert ds. Korei w Centrum Studiów Polska–Azja. – W takich przypadkach władze północnokoreańskie wymieniają po prostu swoich „spalonych" przedstawicieli i wszystko toczy się po staremu. Z kolei ograniczenie eksportu dóbr luksusowych nie ma żadnego znaczenia gospodarczego. Poza tym wszystko, czego potrzebują partyjni bonzowie, i tak do nich trafia okrężną drogą – tłumaczy Nicolas Levi.
Reżim północnokoreański konsekwentnie odrzuca wszelkie oskarżenia dotyczące zorganizowania ataku na serwery Sony Pictures i pogróżek wobec kin, które odważyłyby się wyświetlić film „Wywiad" parodiujący postać Kim Dzong Una, przywódcy KRL-D. Wedle oficjalnego komunikatu władz w Pjongjangu wszelkie oskarżenia ze strony USA są bezpodstawne i świadczą jedynie o „konsekwentnej wrogości amerykańskiego rządu". W charakterystycznym dla propagandy Pjongjangu stylu prezydent Obama nazwany został wcześniej „małpą", a rządzony przez niego kraj to „szambo terroryzmu znane jako USA".
Problem w tym, że część amerykańskich publicystów i analityków także wyraża wątpliwości, czy rzeczywiście informatycy działający na zlecenie władz północnokoreańskich byliby zdolni do przeprowadzenia takiej akcji. Dowodów brak, a poszlaki – jak choćby część kodu w złośliwym oprogramowaniu znalezionym po atakach na serwery Sony albo adresy serwerów wykorzystanych do ataku – są słabe.