Patrząc na mapę Ameryki, gdzie na poziomie hrabstw zaznaczono wyniki wyborów, można zobaczyć ciekawy obraz. Kolor niebieski (zarezerwowany dla okręgów, które w większości głosowały na prezydenta Baracka Obamę i kandydatów Partii Demokratycznej) skupia się głównie wzdłuż wybrzeża Pacyfiku od Kalifornii po stan Waszyngton, w Nowej Anglii (na wybrzeżu Atlantyku) oraz w kilku miejscach pośrodku mapy. Generalnie to najgęściej zamieszkane rejony USA z trzema największymi aglomeracjami – Nowym Jorkiem, Chicago i Los Angeles oraz innymi wielkimi miastami. Reszta tonie w czerwieni zarezerwowanej dla ludzi popierających kandydatów Partii Republikańskiej.
Na mapce wygląda to rzeczywiście efektownie – niebieskie wyspy na czerwonym morzu, czyli tzw. interior albo, jak mówią pół żartem pół serio światowcy z obu wybrzeży, „tereny, nad którymi się przelatuje" z Nowego Jorku do Los Angeles. – Pierwsza myśl: jak zatem rządzić tak spolaryzowanym krajem? W jaki sposób uzgadniać minimum potrzebne do sprawnego zarządzania wspólnotą? Jak wreszcie zdefiniować interes narodowy?
Wątpliwości rodzi się więcej, gdy na mapę geograficzną nałoży się siatkę realnych podziałów politycznych w Ameryce.
Żyjemy w epoce telewizyjnych stacji informacyjnych nadających 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu, mediów społecznościowych (z przypominającym działko szybkostrzelne Twitterem na czele), wreszcie coraz szybszego bodźcowania widza i wyborcy (w latach 70. XX wieku przeciętna nieprzerwana wypowiedź polityka trwała 40–50 sekund, dzisiaj „setka" – aby zmieściła się w głównym programie – musi mieć poniżej dziesięciu sekund). Gwiazdorzenie i nieustanne szukanie przez dziennikarzy „bulwersujących", „szokujących" czy „kontrowersyjnych" wiadomości („do których dotarliśmy jako jedyni") preferuje z kolei polityków wiedzących, jak podnosić adrenalinę retorycznymi fajerwerkami. W tym środowisku dominują tematy kontrowersyjne, „narracje" obliczone na pobudzanie poszczególnych grup wyborczych (co ich „rajcuje", już wcześniej badają całe zastępy piarowców i speców od marketingu).
To naturalne środowisko dla przeróżnych grup interesów (i tych od załatwiania subsydiów na wydobycie ropy czy produkcję nowych rodzajów broni, i tych od wspierania pieniądzem podatników klinik aborcyjnych i farm wiatraków czy paneli słonecznych), których lobbyści żyją coraz lepiej. Nie przypadkiem dzisiaj co drugi były polityk staje się lobbystą (przed laty było to 10, góra 20 proc.). Dodatkowo statystycznie na jednego dziennikarza przypada prawie pięciu pracowników public relations (zarabiających też o jedną trzecią więcej), co sprawia, że niektóre tematy (zwłaszcza związane ze zdrowiem i nauką) są pokazywane w sferze publicznej nieomal pod dyktando piarowskich narracji.
Czerwone, niebieskie, purpurowe
Czy w takim razie z przytoczonych powyżej powodów nie da się odnaleźć czegoś takiego jak interes narodowy? Powróćmy do naszej mapy. Okazuje się, że republikańskie czerwone morze i niebieskie wyspy demokratów to wynik jednomandatowych okręgów wyborczych (często terytorialnie krojonych pod określonych kandydatów) i zasady, że zwycięzca bierze wszystko, nawet jeśli nie uzyska 50 proc. głosów plus jeden. Słowem, kolor należy do partii tego kandydata, który w powiecie wygrał – nieważne, czy różnicą jednego czy 20 proc. Tymczasem w rzeczywistości, nawet w bastionach poszczególnych partii, mieszkają przecież mniejszościowi zwolennicy konkurencji. W efekcie większość Ameryki jest koloru purpury.
Do tego fioletu właśnie odwoływał się Barack Obama, gdy w 2004 r. rozpoczynał de facto wyścig do Białego Domu. „Komentatorzy lubią dzielić, rozdzielać nasz kraj na czerwone i niebieskie stany – czerwone dla republikanów, niebieskie dla demokratów (...) Modlimy się do wspaniałego Boga także w niebieskich stanach i nie lubimy federalnych agentów kręcących się po naszych bibliotekach w stanach czerwonych. Jesteśmy coachami w dziecięcych ligach bejsbolu w stanach niebieskich, mamy przyjaciół gejów w stanach czerwonych (...) Bo jesteśmy jednym narodem, wszyscy ślubujemy wierność amerykańskiej fladze, wszyscy jesteśmy gotowi bronić Stanów Zjednoczonych Ameryki" – podkreślał Obama w mowie, która była początkiem jego drogi do Waszyngtonu cztery lata później.
W szóstym roku prezydentury widać wyraźnie, że to były jedynie słowa niezwykle sprawnego retora, który jest uważany za jednego z najbardziej ideologicznych i partyjnych prezydentów w historii. Zapowiadana przez Obamę „zmiana, w którą możemy uwierzyć" czy „nadzieja" oraz „droga ku przyszłości" w kierunku bardziej zjednoczonej wspólnoty okazała się mrzonką. Polaryzacja jest silniejsza niż kiedykolwiek, a system polityczny – federalizm w połączeniu z konstytucyjnym systemem hamulców i równoważenia się poszczególnych organów państwa – trzeszczy, nie przynosząc rezultatów w postaci efektywnego rządzenia. Albowiem zbyt często obie strony politycznego konfliktu – prezydent Obama i zdominowany przez republikanów Kongres – wolą prowadzić retoryczne wojenki (o z góry wiadomym wyniku), niż zakasać rękawy i szukać kompromisu.
Choć konstytucja stwierdza, że Kongres i prezydent są równorzędnymi przedstawicielami narodu, to praktyka stałego poszerzania zasięgu władzy federalnej sprawiła, że to lokator Białego Domu (niepodzielny szef administracji państwowej) realnie określa, czym jest interes narodowy w czasie jego rządów. To jedyny urząd, do którego kandydaci zmuszeni są prowadzić kampanię w całym kraju, w przeciwieństwie do senatorów (wybierani w obrębie poszczególnych stanów) czy kongresmenów (wybierani w jednomandatowych okręgach wyborczych). Dlatego każdy z 44 prezydentów jest wyrazicielem amerykańskiego vox populi i ma silny mandat społeczny. Konstytucja daje mu nieomal nieograniczone możliwości w wyborze współpracowników (tylko z rolą zatwierdzającą Senatu). Dodatkowo sprawy zagraniczne i dyplomacji są jedną z głównych jego prerogatyw, obok stanowiska głównodowodzącego siłami zbrojnymi Stanów Zjednoczonych. Nic więc dziwnego, że Ameryka przemawia ustami swego prezydenta, definiując zasięg i głębokość zainteresowań w świecie zewnętrznym.
Czasami na tym tle dochodzi do poważnych starć z Kongresem, czego byliśmy świadkami w ostatnich tygodniach. Prezydent Obama uczynił z możliwości uzyskania porozumienia z Iranem (w kwestii wyrzeczenia się przez Teheran broni nuklearnej) jeden z głównych punktów swoich politycznych osiągnięć. W tym celu w sposób nieomal jawny zaangażował się w kampanię wyborczą w Izraelu, dążąc do przegranej obecnego premiera Beniamina Netanjahu, ostro sprzeciwiającemu się dialogowi z Teheranem. Z kolei stojący murem za Netanjahu republikanie zorganizowali mu – bez wiedzy Białego Domu – przemówienie przed połączonymi izbami Kongresu. W efekcie doszło nie tylko do złamania protokołu (ostatecznie to prezydent odpowiada za politykę zagraniczną), ale i gorszącego bojkotu premiera Izraela przez Obamę i część polityków Partii Demokratycznej.
Imperium wolności
Ale zanim posuniemy się dalej w rozważaniach, warto pochylić się nad pojęciem wyjątkowości Ameryki (American exceptionalism). Przekonanie o wyjątkowości projektu narodziło się jeszcze w czasach rewolucji amerykańskiej. Ostatecznie do Ameryki przybywali ci, którzy mieli dość klasowego, feudalnego społeczeństwa Starego Kontynentu, którego wyrazem była „tyrania" angielskiego króla. Zamiast dawnych władców – królów, książąt, arystokratów – imigranci przyjmowali władzę konstytucji i Deklaracji niepodległości. Przyjmując wartości skodyfikowane przez ojców założycieli, stawali się Amerykanami; naród opierał się zatem na ideałach założycielskich, a nie na pochodzeniu etnicznym.
Bezklasowe społeczeństwo, purytańskie korzenie ojców założycieli, wreszcie opozycja do starego porządku w Europie – wszystko w „projekcie Ameryka" było wyjątkowe jak na tamte czasy. Jeden z ojców założycieli i późniejszy prezydent Thomas Jefferson mówił o Ameryce jako „imperium wolności", tej „jedynej republice w świecie, jedynym pomniku praw człowieka, jedynym depozytariuszu świętego ognia wolności i samorządności".
Ten misjonarski żar rozwinięty został w słynnym gettysburskim adresie Abrahama Lincolna. Przemawiając tuż przed zakończeniem największej i najkrwawszej tragedii w całej historii USA, jakim była wojna secesyjna, prezydent stwierdził, iż naród amerykański „począł się w wolności i poświęcił przekonaniu, że wszyscy ludzie zostali stworzeni jako równi sobie". Dlatego tak ważne jest, aby „rządy narodu, przez naród i dla narodu nie zniknęły z powierzchni ziemi" – mówił żarliwie Lincoln, zgodnie uważany za jednego z dwóch – obok Waszyngtona – najważniejszych prezydentów USA.
Samo pojęcie „wyjątkowości Ameryki" znalazło się w traktacie Alexisa de Tocqueville'a „Demokracja w Ameryce" z 1840 r., gdzie napisał on, że „pozycja Amerykanów jest raczej wyjątkowa, można uwierzyć, że żadni inni obywatele demokracji nie będą nigdy w podobnej sytuacji". W XIX wieku i aż do połowy XX popularne książki do nauki w pierwszych klasach podstawówki zachwalały wyjątkowość Ameryki jako „bożej krainy", której misją jest niesienie całemu światu „wolności i demokracji".
„Stoimy wyprostowani"
Można się zżymać na hipokryzję piewców „wyjątkowości Ameryki" – ostatecznie dopiero w latach 60. XX wieku zniesiono faktyczną segregację rasową w dużej części kraju, a jeszcze do lat 30. czy 40. ubiegłego stulecia Żydzi i katolicy często byli traktowani jako gorsi od „białej, anglosaskiej, protestanckiej" elity – ale faktem jest, że ta idea rządziła i rządzi umysłami chyba większości Amerykanów. Stała się też podstawą „Pax Americana", który zapanował w pierwszych latach po zakończeniu II wojny światowej.
Pod koniec lat 40. na wpół zbankrutowana Wielka Brytania wycofywała się ze swoich globalnych zobowiązań. Niegdyś panująca na morzach Royal Navy odwoływała ćwiczenia, aby zaoszczędzić na paliwie. Po Turcji i Grecji Brytyjczycy wycofywali się z Birmy, Indii i Palestyny. Sparaliżowana Europa oczekiwała „raczej wytycznych niż odpowiedzialności", a Sowieci – jak pisał dyplomata i sowietolog George Kennan – „czuli, że tak naprawdę Europa jest ich, choć sami Europejczycy mogli nie zdawać sobie z tego sprawy".
Wtedy na wysokości zadania stanął niedoceniany do tej pory prezydent Harry Truman. Lektura dokumentów z tamtych czasów potwierdza, iż przywódcy USA zdawali sobie sprawę, że ciąży na ich barkach odpowiedzialność za cały „wolny świat", zadanie na miarę Rzymu cesarza Hadriana czy imperium brytyjskiego za królowej Wiktorii. W efekcie narodziła się doktryna Trumana: Ameryka musiała być gotowa udzielić pomocy „wolnym ludom", bronić się przed sowiecką infiltracją. W ciągu kilku lat wyrwano z sowieckich wpływów Turcję i Grecję, zjednoczono Niemcy Zachodnie, stworzono NATO, a plan Marshalla postawił gospodarczo na nogi Europę Zachodnią. Podobne działania podjęto w innych rejonach świata. Jak napisał wtedy Kennan: „Dzisiaj my, Amerykanie, stoimy jako samotna i zagrożona potęga na polu światowej historii".
W latach 90. XX wieku, gdy po upadku komunizmu szukano nowej misji w dobie globalizacji, współpracownicy prezydenta Billa Clintona ukuli termin „niezastąpionego narodu" (indispensable nation). Jak tłumaczyła ówczesna sekretarz stanu Madeleine Albright, gdy po raz kolejny kłopoty sprawiał Saddam Husajn, „jeśli musimy użyć siły, zrobimy to dlatego, że jesteśmy Ameryką, niezbędnym narodem. Stoimy wyprostowani i patrzymy dalej niż inne kraje w przyszłość, widzimy zagrożenie dla nas wszystkich".
Oczywiście długotrwałe wojny w Iraku i Afganistanie, gdzie pomimo tak wielkich nakładów ludzkich i finansowych nie udało się uzyskać satysfakcjonującego wyniku, mocno nadwerężyły wiarę, czy Waszyngton widzi dalej i lepiej niż inne stolice. Ale to przekonanie jest żywe, o czym świadczy fakt, że o Amerykanach jako „absolutnie niezbędnym" narodzie mówił Barack Obama w trakcie jednej z debat prezydenckich w 2012 r. (na co jego rywal Mitt Romney zareagował stwierdzeniem, że Ameryka jest „ostatnią nadzieją" świata). Ale nawet oskarżany o miękką politykę wobec wrogów USA Obama nie odrzucił tej retoryki. „Kiedy tajfun uderzy na Filipinach albo gdy w Nigerii zostały porwane uczennice, albo zamaskowani ludzie okupują budynki na Ukrainie, to Ameryka jest krajem, skąd świat wygląda pomocy. Stany Zjednoczone są i pozostaną tym jedynym, absolutnie niezbędnym narodem. Tak było w poprzednim stuleciu i będzie prawdą w kolejnym wieku" – podkreślał w zeszłym roku prezydent na uroczystym zakończeniu roku w akademii West Point do świeżo upieczonych oficerów sił lądowych, z których większość będzie służyć na pierwszej linii kolejnych wojen, interwencji czy misji pokojowych.
Czy rzeczywiście Ameryka jest „niezastąpiona"? Wydaje się, że jako strażnik wartości dominujących w cywilizacji zachodniej – wolności, demokracji, wolnego handlu – chyba na razie tak. Wyjątkowe położenie geograficzne Ameryki – na wybrzeżu dwóch oceanów: Atlantyku i Pacyfiku – daje geopolityczną przewagę, ale są rzeczy, które bierzemy jako oczywistość, zapominając, że to wynik decyzji Waszyngtonu o trwałym zaangażowaniu w sprawy światowe. Choćby wolna wymiana handlowa, którą zapewnia polityka „otwartego morza" egzekwowana przez amerykańską marynarkę wojenną, niegdyś domena brytyjskiej Royal Navy. To 11 lotniskowców i ich grup bojowych US Navy rotacyjnie patroluje strategiczne części oceanów, Morze Śródziemne (z cieśninami Gibraltar, Bosfor i Dardanele, Kanał Sueski), Zatoka Perska (z cieśniną Ormuz), azjatyckie szlaki handlowe (Cieśnina Tajwańska czy Singapurska). Dodajmy do tego 102 okrętów US Navy, dodajmy 659 bombowców strategicznych, ponad 3,4 tysiąca samolotów bojowych oraz 300 tys. żołnierzy stacjonujących w 576 bazach w Ameryce i na całym świecie. Oraz fakt, że USA w prawie 30 procentach wspierają finansowo i logistycznie wszystkie misje pokojowe ONZ. Oraz swoich sojuszników – choćby francuskie interwencje w Czadzie i Mali nie zostałyby przeprowadzone bez amerykańskiej pomocy.
Perspektywa zmian
Wszyscy przyzwyczaili się, że pomimo ulubionego sportu, jakim jest sarkanie na Amerykę i Amerykanów, gdy przychodzi do zagrożenia ze strony Putinów tego świata, lepiej mieć Waszyngton po swojej stronie. I że dobrze, jeśli Amerykanie definiują tak szeroką obecność w świecie w kategoriach własnego interesu narodowego. Ale przed nami wybory prezydenckie w 2016 r., które mogą doprowadzić do zmian. Ich głębokość zależeć będzie od tego, kto w styczniu 2017 r. zastąpi Baracka Obamę w Białym Domu.
Demokraci będą skupiać się raczej na sprawach wewnętrznych, zwłaszcza integracji społeczności latynoskich nielegalnych imigrantów (w nadziei, że 11 milionów ludzi z rodzinami mianowanych na obywateli przerodzi się w wyborców Partii Demokratycznej), oraz programach socjalnych dla biedniejszej części społeczeństwa. Ale zagrożeniem są politycznie poprawne, „tożsamościowe" programy, które rozbijają jedność społeczeństwa na rzecz zarządzania (przydatne w kampaniach wyborczych) grupami „mniejszościowymi". Ta świadoma „bałkanizacja" społeczeństwa, zamiast odwoływać się do wspólnoty, zachęca do głosowania przeciw republikanom: bo prowadzą „wojnę z kobietami" (sprzeciwiając się aborcji); nie chcą automatycznej legalizacji nielegalnych imigrantów albo nie wyznają poprawnościowej ortodoksji: że walka o tzw. małżeństwa jednopłciowe to niemal to samo co batalia o prawa obywatelskie dla czarnoskórych Amerykanów; dostęp do broni jest szkodliwy, a teoria o globalnym ociepleniu – niepodważalna.
Z kolei wśród republikanów dość mocne jest populistyczne skrzydło, w którym można wyczuć nutkę ksenofobii wobec najświeższej fali imigrantów pochodzenia latynoskiego. Stosując retorykę o „konieczności przestrzegania prawa", zamyka się oczy na konieczność rozwiązania problemu ludzi, którzy często od kilkudziesięciu lat ciężko i uczciwie wykuwają swój american dream, choć przybyli do kraju nielegalnie. W Partii Republikańskiej obecny jest również nurt libertariański, który sugeruje wycofanie się Ameryki z roli „światowego policjanta", ograniczenie wydatków na siły zbrojne oraz porzucenie misji krzewienia w świecie wolności i demokracji, a skupienie się na przestrzeganiu gwarantowanych przez konstytucję praw obywateli na terenie Stanów Zjednoczonych.
Lśniące miasto
Choć do wyborów pozostało ponad półtora roku, pierwsi kandydaci już ustawiają się w blokach startowych.
Nie czas i miejsce spekulować o nazwisku przyszłego prezydenta Ameryki. Zresztą zostanie on wybrany głosami ponad 100 milionów „zwykłych Amerykanów". To ogromna liczba i różnorodność motywacji oraz interesów.
Może warto zacząć od zdefiniowania tego, co wspólne, co łączy przyszłych wyborców. Jak pisał Samuel Huntington, jeszcze do końca XX wieku o tożsamości Ameryki stanowiła kultura składająca się z języka angielskiego oraz „wartości i instytucji pierwszych osadników – chrześcijan, głównie protestantów", a określających stosunki państwo – Kościół oraz społeczeństwo – jednostka. Drugi element to „amerykańskie credo", czyli idee i zasady sformułowane przez ojców założycieli, takie jak: wolność, równość, demokracja, konstytucjonalizm, liberalizm, ograniczenie uprawnień rządu, prywatna przedsiębiorczość. Problem w tym, że obecnie nowe rzesze emigrantów na skutek prowadzonej polityki tożsamościowej nie czują się zmuszane tak jak kiedyś do pełnej integracji w amerykańskim „tyglu narodowościowym".
Może więc chociaż wspólnota symboli? Flaga składająca się z 13 czerwonych i białych pasów (na pamiątkę brytyjskich kolonii, które ogłosiły niepodległość) oraz 50 gwiazdek symbolizujących dzisiejsze stany. „Gwiaździsty sztandar" jest powszechnym symbolem Ameryki, któremu przysięgę na wierność składają rano uczniowie w szkołach (choć i tutaj nowocześni lewicowcy kręcą nosami, zwłaszcza na Boskie odwołania z roty przysięgi brzmiącej tak: „Ślubuję wierność fladze Stanów Zjednoczonych/ i Republice, którą ona reprezentuje/ Zjednoczony naród, a nad nim Bóg/ niepodzielny, ofiarowujący wszystkim wolność i sprawiedliwość").
Drugi z symboli to hymn – grany przed stojącą na baczność publiką w czasie każdej, nawet najmniejszej, uroczystości, sportowej gry czy koncertu – a opiewający właśnie ową flagę, dumnie powiewającą nad „ziemią odważnych i wolnych". To na pewno konstytucja – genialne w swej zwięzłości i wizji państwa – dzieło oświeceniowych ojców założycieli, z których James Madison, zwany ojcem konstytucji, w chwili jej uchwalenia miał ledwie lat 36.
Można pewnie dorzucić naturalny szacunek do służących w siłach zbrojnych – niemal na każdym sportowym wydarzeniu jakiś wywołany mundurowy dostaje owacje na stojąco, a na dworcach i lotniskach elektroniczne tablice nawołują: „Dziękujemy naszym żołnierzom". Czy coś jeszcze? Pomimo że Ameryka to kraj wielkich kontrastów, różnic, gdzie kilka ulic potrafi oddzielać domy za miliony dolarów od slumsów przypominających polskie miasta tuż po zakończeniu II wojny światowej, to pewnie owo wspólne wykrzykiwanie „U-S-A! U-S-A!" po sukcesie Amerykanów w jakimś sporcie lub po takich wydarzeniach, jak zabicie Osamy bin Ladena. To gdzieś głęboko tkwiące przekonanie, że żyją „w najwspanialszym kraju na powierzchni Ziemi", który dla jednych jest biblijnym „lśniącym miastem na wzgórzu" (jak chciał Ronald Reagan), dla drugich dowodem, że „rządy narodu, przez naród i dla narodu nie znikną z powierzchni ziemi" (jak stwierdził Lincoln), a dla innych żywą ilustracją powtarzanego od czasów rewolucji amerykańskiej hasła: „Zjednoczeni przetrwamy, podzieleni padniemy".