Korespondencja z Caracas

Zmarły 5 marca prezydent spogląda na swoich rodaków ze wszystkich stron. W miastach, miasteczkach i na wsiach wiszą ogromne portrety przywódcy, patrzącego odważnie w przyszłość, wzywającego stanowczym gestem ręki do nieustawania w budowaniu „socjalizmu XXI wieku" albo po prostu salutującego w swoim charakterystycznym czerwonym berecie (był on podpułkownikiem wojsk spadochronowych).

Wszystkie billboardy i plakaty, którymi zalepiony jest cały kraj, są efektem dwóch kampanii wyborczych, które odbyły się w Wenezueli w ciągu sześciu miesięcy. Jedne wybory prezydenckie odbyły się w październiku zeszłego roku, a drugie w kwietniu, po śmierci Cháveza. Wiele billboardów niesie ze sobą hasło, które do znudzenia powtarzane jest przy każdej okazji przez władze: „Chávez vive, la lucha sigue" („Chávez żyje, walka trwa").

W kierunku Kuby

Poza billboardami i plakatami władze postarały się też, żeby w najbardziej uczęszczanych miejscach nie zabrakło murali Cháveza przedstawianego wspólnie z Fidelem Castro, Simónem Bolívarem (bohaterem walk o niepodległość kraju w XIX wieku) czy też z Jaserem Arafatem.

W wielu miejscach władze stworzyły coś, czego nie sposób nazwać inaczej jak tylko kapliczkami Hugo Cháveza, gdzie wszyscy jego zwolennicy mogą składać kwiaty w hołdzie „El Comandante". Kapliczki można znaleźć m.in. w szkołach i w szpitalach.

Poza tym następca zmarłego prezydenta – Nicolás Maduro – w praktycznie każdym wystąpieniu odwołuje się do swojego poprzednika i przywołuje jego myśli.

Wszystkie te zabiegi są jasną odpowiedzią na pytanie, które po 5 marca zadawało sobie bardzo wielu Wenezuelczyków: jakim cudem chavezizm ma przetrwać bez Cháveza? Okazuje się, że dziś charyzma „El Comandante" potrzebna jest władzom bardziej niż kiedykolwiek.

– Pod względem gospodarczym ewidentnie zmierzamy w kierunku Kuby, więc rząd próbuje zbudować kult zmarłego prezydenta, żeby zająć czymś ludzi. Dla wielu swoich zwolenników Chávez stał się kimś w rodzaju świętego – mówi mi Omar González Moreno, deputowany wenezuelskiego parlamentu, którego spotykam w Barcelonie (jedno z największych miast w Wenezueli) pod koniec maja na wiecu Henrique Caprilesa Radonskiego, przegranego kandydata opozycji. Wynik ostatnich wyborów, które odbyły się po śmierci Cháveza, wciąż jest kwestionowany przez opozycję. Uważa ona, że niewielkie zwycięstwo Maduro (różnicą 1,5 punktu procentowego) możliwe było tylko dzięki oszustwom.

Capriles, jeżdżąc po kraju, próbuje utrzymać wrzenie pośród swoich zwolenników, tak by władze odczuwały nacisk społeczny w sprawie wyborów.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Problem z papierem

Porównanie do Kuby, którą Wenezuela wspiera gospodarczo, można usłyszeć z ust wielu Wenezuelczyków, którzy nie ukrywają, że jeszcze nigdy nie żyło im się tak ciężko. Po 14 latach socjalistycznej rewolucji brakuje nawet najbardziej podstawowych produktów. Wszystko to dzieje się w kraju, który jest jednym z największych na świecie eksporterów ropy naftowej. Częścią problemu jest to, że rząd ustala ceny maksymalne dla wielu artykułów. Jakie są tego skutki? Producentom przestaje się po prostu opłacać wytwarzanie niektórych towarów. Z tego powodu coraz trudniej jest dostać w Wenezueli mąkę kukurydzianą, będącą niezbędnym składnikiem arepy – placka, który jest jednym z podstawowych składników tutejszej diety. Na czarnym rynku cena mąki wzrosła od początku roku niemal czterokrotnie.

Poza tym legendarna jest już kwestia niedoboru papieru toaletowego, o którym w zeszłym miesiącu z lubością rozpisywały się światowe media – w maju prezydent Maduro osobiście rozkazał sprowadzenie w nadzwyczajnym trybie 50 milionów rolek.

Za późno na balsamowanie

Spowodowana taką polityką rosnąca niepewność w gospodarce odbija się na pozycji dolara. Na czarnym rynku bije on wszelkie rekordy, jeżeli chodzi o wartość w stosunku do wenezuelskiej waluty, boliwara, przez co import staje się coraz droższy.

Biorąc to wszystko pod uwagę, nie powinno dziwić, że władze desperacko próbują ratować się reanimowaniem sympatii, którą duża część społeczeństwa darzy zmarłego twórcę „socjalizmu XXI wieku". Po drugiej stronie barykady nietrudno natknąć się na osoby, które widzą w tym dużą przeszkodę stojącą na drodze do zmiany władzy.

– Opozycja ma problem z kultem Cháveza. Przez tę zmasowaną akcję propagandową wiele osób, które nie mają wyraźnie skrystalizowanych poglądów politycznych, autentycznie uwierzyło w to, że Chávez jest socjalistycznym mesjaszem i przez to trudniej im przejrzeć na oczy: obecne władze ciągną nas przecież w dół szybciej niż jakikolwiek poprzedni rząd! – mówi mi jedna z opozycjonistek, która chce zachować anonimowość.

Jedną z osób, do których z powodzeniem dociera przekaz chavezistów, jest Angela Flores, 40-letnia gosposia pracująca w Caracas. – Chávez jest wielki! Być może nie wszystko mu się udało, ale miał przecież przeciwko sobie wiele osób, którym nie podobało się to, że pomaga biednym. Ale nawet po jego śmierci duch zmiany na lepsze pozostał na szczytach władzy – uważa.

Angela ma jeden doskonały powód, dla którego „El Comandante" na zawsze już będzie się jej kojarzył jak najlepiej – kilka lat temu rząd wybudował w jej rodzinnej wsi domy dla 60 rodzin, w tym dla niej. Przecież bez pomocy prezydenta nigdy w życiu nie byłoby mnie stać na własny dom! – emocjonuje się w rozmowie ze mną.

Budowa kultu Cháveza zaczęła się tuż po jego śmierci. Maduro, pełniący wtedy obowiązki prezydenta, ogłosił z nabożeństwem, że Hugo Chávez podzieli po śmierci los Lenina i spocznie zabalsamowany w swoim własnym mauzoleum, gdzie zza szyby będą mogli mu się przypatrywać zwiedzający.

Niedługo potem władze musiały się jednak wycofać z tej obietnicy, ponieważ okazało się, że zbyt późno podjęto decyzję o zabalsamowaniu zwłok i przeprowadzenie tej operacji było już niewykonalne.

Przekaz od ptaszka

W czasie ostatniej kampanii wyborczej można było odnieść wrażenie, że Chávez wystartował w niej pośmiertnie. Wrażenie to potęgował sposób, w jaki ustawiał się w stosunku do swojego poprzednika Maduro. – Nigdy nie chciałem być prezydentem. Startuję w wyborach, ponieważ wypełniam rozkaz naczelnego dowódcy Hugo Cháveza – otwartym tekstem oznajmił on na początku kampanii wyborczej. W jej trakcie Maduro ponad siedem tysięcy razy miał się powoływać na swojego poprzednika.

Wszystko to jednak przebija historia z ptaszkiem, która do tej pory przywoływana jest w kręgach opozycjonistów jako przykład szaleństwa władz. Dwa tygodnie przed ostatnimi wyborami, podczas wizyty w Barinas, rodzinnym stanie Cháveza, Nicolás Maduro oznajmił, że „El Comandante" objawił mu się jako ptaszek i powiedział mu: „Dziś zaczyna się bitwa. Idź po zwycięstwo. Masz moje błogosławieństwo".

– Oczywiście można się z tego nabijać, ale w historię z ptaszkiem niestety uwierzyło wiele osób – mówi chcąca zachować anonimowość wenezuelska opozycjonistka.

Centralnym miejscem kultu Hugo Cháveza jest pałacyk na wzgórzu w 23 de Enero, jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic w Caracas. W środku odwiedzający mogą przejść między żołnierzami trzymającymi wartę przy grobie byłego prezydenta i dotknąć jego marmurowej płyty. W przylegających pomieszczeniach można się zapoznać z drogą życiową Cháveza, przedstawioną za pomocą ogromnych zdjęć obrazujących najważniejsze momenty z jego życia. Kult Cháveza nabiera dosłownego znaczenia w pobliskiej kaplicy, gdzie za ołtarzykiem dwa wielkie obrazy „El Comandante" dominują nad wiszącym między nimi małym drewnianym krzyżem. Przed ołtarzem stoi figurka Matki Boskiej, którą postawiła tam sojuszniczka Cháveza z drugiej strony Ameryki Południowej prezydent Argentyny Cristina Fernández de Kirchner. Miejsce to tłumnie odwiedzają zapaleni chaveziści, jak również obowiązkowo wycieczki szkolne.

– Chávez żyje, a rewolucja... młody żołnierz, pełniący służbę w pałacyku zacina się, chcąc wyrecytować dla mnie jedno z haseł. Widać wyraźnie, że jest mu wstyd, że nie pamięta całego hasła. Po chwili jednak odzyskuje rezon: – Prezydent wprawdzie umarł, ale w pewien sposób wciąż się nami opiekuje. Dlatego na pewno uda nam się dokończyć rewolucję!