Są odpowiedzialni za wprowadzenie systemu inwentaryzacji, który nigdy nie zadziałał. Składał się on z programu komputerowego, specjalnych czytników i naklejanych na sprzęt kodów kreskowych. Miał maksymalnie uprościć identyfikację i ewidencję zasobów danej jednostki.
– Kody kreskowe odklejały się od karabinów, zacierały się, a do tego karteczki, na których się znajdowały, były doskonale widoczne przez noktowizor, czytniki się zacinały. Słowem, wielki bałagan – opowiada jeden ze śledczych.
Prokuratura sprawdziła kilka jednostek w kraju. We wszystkich było tak samo. Śledztwo pozwoliło postawić zarzuty siedmiu osobom odpowiedzialnym za wprowadzanie systemu.
– To oficerowie w stopniach od kapitana do generała brygady. Na tym etapie śledztwa nie chcę jednak podawać nawet ich inicjałów – zastrzega płk Mikołaj Przybył, szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Poznaniu. Z ustaleń „Rz” wynika, że podejrzany generał niedawno trafił do rezerwy.
Śledczy zarzucają żołnierzom przekroczenie uprawnień, niedopełnienie obowiązków oraz wyrządzenie znacznej szkody w mieniu wojskowym. Część niższych stopniem podejrzanych chce dobrowolnie poddać się karze.
– Ze wstępnych szacunków wynika, że armia na wprowadzeniu systemu straciła 750 tys. złotych – mówi płk Przybył.
Na tym nie koniec. – Do niektórych jednostek system był wprowadzany na siłę. Zdarzało się, że żołnierze przeciw temu protestowali – twierdzi żołnierz z Komendy Głównej Żandarmerii Wojskowej w Warszawie.
Jak udało nam się ustalić, przetargi na feralny system przeprowadzono tylko w niektórych jednostkach. Do innych firma go oferująca miała być polecana. Bardzo możliwe, że za łapówki. – Firma ta mogłaby mieć poważny problem z wygraniem uczciwego przetargu – uważa nasz informator.
Prokuratura bada ten wątek. Na razie nie udziela jednak bliższych informacji. – Sprawa jest rozwojowa – ucina płk Przybył.
Jak dowiedziała się „Rz”, zarzuty mogą usłyszeć wysocy rangą wojskowi cały czas pozostający w czynnej służbie.