W takich sprawach trzeba stosować właściwe proporcje pomiędzy interesem inwestora, innych osób oraz interesem publicznym – orzekł Naczelny Sąd Administracyjny (sygnatura akt: II OSK 2032/13).
– Protesty nie zawsze są uzasadnione – uważa rolnik Piotr Góralski.
Po studiach rolniczych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie wrócił na rodzinne gospodarstwo we wsi Chrapoń w woj. mazowieckim. Postawił nowoczesną, w pełni zautomatyzowaną farmę trzody chlewnej na 1,2 tys. tuczników. W 2012 r. złożył do wójta gminy Lutocin wniosek o wydanie decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla budowy dwóch następnych budynków inwentarskich, każdy na 1,5 tys. tuczników. Raport o oddziaływaniu przedsięwzięcia na środowisko stwierdzał, że farmy nie będą mu szkodzić.
Zanim wójt wydał decyzję, zaprotestował sąsiad inwestora Jacek P. Dołączyli do niego mieszkańcy obawiający się o negatywny wpływ inwestycji na środowisko, zdrowie oraz o wartość ich nieruchomości. Na rozprawie administracyjnej zażądali zmiany lokalizacji farm i większego ich odsunięcia od wsi.
Powołując się na wyniki postępowania z udziałem społeczeństwa, prowadzonego dla inwestycji mających wpływ na środowisko, wójt odmówił wydania decyzji o uwarunkowaniach środowiskowych. Po orzeczeniach Samorządowego Kolegium Odwoławczego, opinii państwowego powiatowego inspektora sanitarnego oraz po uzgodnieniach regionalnego dyrektora ochrony środowiska zmienił decyzję i zezwolił na realizację inwestycji. Ale w wyniku odwołania i następnie skargi Jacka P. sprawa znalazła się w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie, a następnie w NSA.