Tego dnia otwarta zostanie wystawa poświęcona artyście „Że też musiała pani zadać to pytanie!" w Galerii aTak w Warszawie. Tak właśnie odpowiedział Jerzy Grzegorzewski na zadane mu pod koniec życia pytanie, czy maluje. Pytany był o to zresztą wielokrotnie w czasie swej reżysersko-teatralnej kariery, bo podobno ciągle myślał o tym, by wrócić do malarstwa, od którego zaczęła się jego artystyczna droga.
Za pierwszym razem oblał egzamin na wydział malarstwa, dostał się za kolejnym podejściem do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi. Malował jednak tylko od 1962 do 1963 roku. W tym czasie powstało około 20–30 obrazów.
Duże płótna
– Malarzem był świetnym – ocenia Jerzy Wojciechowski, kurator wystawy. – Bardzo szybko osiągnął dojrzałość twórczą. Gdyby kontynuował tę działalność, prawie na pewno znalazłby się wśród klasyków naszego malarstwa powojennego. Miał indywidualną wystawę w znanej wówczas warszawskiej Galerii Krzywe Koło, choć trudno dziś precyzyjnie ustalić, jakie prace wtedy wystawił. Według prof. Stanisława Łabęckiego było dziewięć dużych płócien. Jedno z nich prezentujemy teraz.
Rzeczywistość Galerii Krzywe Koło odtworzona została w jednej z sal prezentujących też obrazy artystów, którzy tam wtedy wystawiali, m.in. Tadeusza Dominika i Stanisława Łabęckiego, z którym Grzegorzewski się przyjaźnił.
Teraz widzowie zobaczą inny obraz Grzegorzewskiego powieszony w zaimprowizowanej sali neoplastycznej w towarzystwie prac m.in. Henryka Stażewskiego, Edwarda Krasińskiego, Marii Jaremy (wszystkie pochodzą z kolekcji Krzysztofa Musiała). Wizerunek Grzegorzewskiego – malarza dopełnia na wystawie jego słynna wielka sztaluga, którą odkupił po przedstawieniu z nadzieją, że będzie jeszcze malował...