Niebieskie kwiaty..., 23.50 | tvp 2 | NIEDZIELA
Godzinną projekcję w reżyserii i wedle scenariusza Tadeusza Króla zrealizowano zaskakująco tradycyjnie: „gadające głowy" historyków sztuki na tle kronik filmowych z epoki, zdjęć prac obydwojga artystów i ich nielicznych fotografii. Montaż bez efektów, w jednostajnym, powolnym tempie.
Dramaturgię tworzą... nieobecni. Czyli Kobro i Strzemiński. Ich wspólny życiowy dukt (z Moskwy, poprzez Smoleńsk, Rygę do Łodzi), najpierw namiętne, potem krwawe współżycie, spuentowane rozpadem związku w nieludzkich okolicznościach – to fascynujący materiał wyjściowy. Można go przykroić pod różnymi kątami.
Z Kulturą na TY - Poleć swoje wydarzenie kulturalne
W „Niebieskich kwiatach" (aluzja do chabrowych oczu Strzemińskiego) na plan pierwszy wyciągnięto uczuciowe powikłania małżonków oraz ich szamotaninę z historią. Słabiej zaznaczono inspiracje i powody artystycznych poszukiwań. Miałam wrażenie, że działali w pustce – a przecież tak nie było! Szkoda, że przemilczano szerszy, europejski, a nawet polski kontekst. Pozostawiono także na boku polityczne poglądy Strzemińskich.
Oczywiście, dla laików najciekawsze są prywatne losy pary. Jak oni się kochali! Jaka ta Kobro dzielna, ruszyła za mężem-inwalidą do obcego kraju. A potem – ramię w ramię, dalej do walki z artystycznym establishmentem w Polsce. Całe międzywojnie trwali na posterunku, tworzyli genialne awangardowe dzieła, kontaktowali się z europejską czołówką, współorganizując kolekcję a.r., zaczyn Muzeum Sztuki. Dobra materialne ignorowali, nie zabiegali o splendory. Społecznicy.
Trzy lata przed II wojną urodziła się Nika. Pełnia szczęścia? Raczej przyczyna nieszczęść. Do tragedii dochodzi „za Niemca": dla ratowania rodziny Kobro podpisuje listę rosyjską i chrzci córkę w kościele prawosławnym. Dla Strzemińskiego – potwarz, sprzeniewierzenie, zdrada. Po wojnie nienawiść małżonków osiąga apogeum. Bieda i wrogość łódzkiego środowiska dopełniają piekła. On ma lepiej – pracuje w szkole plastycznej, podziwiany przez studentów, adorowany przez studentki. Ona miota się samotnie, zarabiając byle grosze kleceniem zabawek.
Z chwilą wprowadzenia socrealizmu Władysława wyrzucają z uczelni w trybie natychmiastowym. A Nika, co z Niką? Ojciec chce pozbawić matkę Rosjankę praw rodzicielskich. Odbywa się ohydny proces skazujący Kobro na półroczne więzienie za „wynaradawianie" dziewczynki. Znamienne, że sama zainteresowana nie miała matce nic do zarzucenia, za to dostrzegała jej rozpacz, osamotnienie, desperackie próby jakiegokolwiek kreacyjnego działania.
W filmie „Niebieskie kwiaty" sympatie występujących zdają się kumulować po stronie Strzemińskiego. Mówcy wybielają go, wręcz gloryfikują. „Człowiek, którego rozjechała historia", komentują. Kobro znów znajduje się na straconych pozycjach. Dla sztuki zasłużona, fakt, ale jednak – Rosjanka. Odeszła w strasznych warunkach, no trudno, na raka nie było wtedy silnych.
W programie zabrakło mi spojrzenia Niki. Jej historia to epilog biografii artystycznej pary. Studiowała medycynę, żeby znaleźć lekarstwo na raka, który zabrał jej matkę. I sama zmarła na nowotwór. Zdążyła jednak dać świadectwo prawdzie, przyczyniła się do przywrócenia Kobro należnego jej miejsca w sztuce.
Zastanawiam się: co najbardziej boli po obejrzeniu dokumentu Króla? Chyba – utrata wiary w sens poczynań. Strzemińscy zaufali porewolucyjnej „odnowie" sztuki, chcieli dać społeczeństwu bodaj cząstkę tego, co powstawało w Europie. Doceniły to dopiero kolejne pokolenia.
Monika Małkowska