[b]Rz: Z inicjatywy samorządowców w Senacie przygotowywane są przepisy, które nakażą zmianę nazw ulic będących symbolami komunistycznymi. Dlaczego 20 lat po odzyskaniu niepodległości nie poradziliśmy sobie z tym problemem?[/b]

Andrzej Paczkowski: Na poziomie lokalnym nie jest to takie proste. Mieszkańcy często protestują, bo nie chcą zmieniać dokumentów oraz informować o tym urzędów. Są też tacy, którzy się przyzwyczaili i nie wyobrażają sobie, że będą mieszkać na innej ulicy niż ta, na której mieszkali przez ostatnich 30 lat.

[b]Nawet jeśli jej patronem jest człowiek tego niegodny? Czy uważa pan więc, że warto walczyć o zmianę czy przeciwnie – wszystko powinno zostać po staremu?[/b]

Lokalna społeczność sama powinna zdecydować. Nie jestem zwolennikiem radykalnych rozwiązań, zwłaszcza na szczeblu państwowym. Obiekty takie jak Pałac Kultury, plac MDM czy miasto Nowa Huta pokazują kolejnym pokoleniom, jak to wszystko kiedyś wyglądało. Musimy zadać sobie też pytanie, jak daleko możemy się posunąć. Czy mamy usunąć z cmentarza grób Bieruta? Warto zmieniać nazwy, które szczególnie źle się zapisały w naszej historii, kojarzą się z represjami, terrorem albo miejscami kaźni. Dlatego dobrze się stało, że zmieniono nazwę placu Dzierżyńskiego na plac Bankowy, ale czy warto usuwać pomnik „czterech śpiących” (poświęcony polsko-radzieckiemu braterstwu broni – red.), który stoi na warszawskiej Pradze?

[b]Instytut Pamięci Narodowej wystosował niedawno apel do władz miast i gmin, żeby z przestrzeni publicznej usuwały relikty epoki komunistycznej...[/b]

Za pomocą apelu jak najbardziej można wskazywać lub przekonywać, ale nie należy uchwalać ustawy, na mocy której trzeba coś zmieniać przymusowo.