Jak będzie tym razem? Zakończy się prawdziwym przeoraniem czy tylko politycznym retuszem? Nim będą znane oficjalnie wyniki pierwszej tury, jedno już można powiedzieć z pewnością: droga Platformy Obywatelskiej do hegemonii, właściwie systemu jednopartyjnego, została zabarykadowana.
Największa polityczna rewolucja nastąpiła chyba w pierwszych wyborach prezydenckich w III RP (rok 1990). Wygrał wtedy Lech Wałęsa. Ale – paradoksalnie – to zwycięstwo przywódcy solidarnościowego zrywu doprowadziło do upadku mitu „Solidarności” jako wielkiej politycznej wspólnoty. Podziały powstałe w tamtej kampanii na długo zdefiniowały polską politykę. Bezpośrednio spowodowały utworzenie Unii Demokratycznej wokół sromotnie przegranego Tadeusza Mazowieckiego. I umocniły drugą stronę solidarnościowego konfliktu, czyli Porozumienie Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Nie bez znaczenia był zaskakująco dobry wynik Włodzimierza Cimoszewicza, kandydata postkomunistów (choć wydawało się wtedy, że są na wymarciu). To oraz sposób sprawowania prezydentury przez Wałęsę otworzyły z kolei drogę spadkobierczyni PZPR do brawurowego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 1993 r.
Następne wybory przypieczętowały upadek mitu „Solidarności” w społeczeństwie. Tylko tak można tłumaczyć przegraną Wałęsy z postkomunistą Aleksandrem Kwaśniewskim w 1995 r. Od tego czasu słowo „postkomuniści” zaczęło wypadać z publicznego obiegu.
Jednocześnie wygrana Kwaśniewskiego stała się katalizatorem powstania antykomunistycznej formacji, czyli AWS. Dwa lata później to ugrupowanie Mariana Krzaklewskiego szturmem zdobyło parlament.
Z kolei w 2000 r. kompromitująca przegrana Krzaklewskiego rozpoczęła błyskawiczny proces rozpadu AWS. Kwaśniewski wygrał już w pierwszej turze. Ale zaczął się inny proces: drugie miejsce Andrzeja Olechowskiego, z 17-procentowym poparciem, dało impuls do założenia PO. Bez jego zwolenników Platforma by nie powstała.
Ostatnie wybory, w 2005 r., wygrał Lech Kaczyński. Jego zwycięstwo sprawiło, że Prawo i Sprawiedliwość stało się dominującą siłą w polskiej polityce. Jaka była druga strona medalu? Zdaniem części komentatorów ten triumf był jedną z przyczyn upadku koncepcji koalicji PO – PiS. Może gdyby wygrał Donald Tusk, doszłoby do powstania tego sojuszu?
Na pewno konsekwencją tamtych wyborów, choć odłożoną o kilka miesięcy, było powstanie rządu PiS z Samoobroną i LPR. Lech Kaczyński wygrał zresztą drugą turę m.in. dzięki poparciu Andrzeja Leppera. Szef Samoobrony powiedział swoim, jak się okazało, bardzo zdyscyplinowanym wyborcom, by przerzucili głosy na Kaczyńskiego. W tym momencie PiS dzielił już tylko jeden krok od zawarcia w parlamencie szokującej, ale jedynej możliwej, koalicji z Lepperem. Ubocznym, choć istotnym, skutkiem było pomniejszenie politycznego znaczenia, a potem likwidacja tzw. przystawek, czyli Samoobrony i LPR.
A co się stanie w wyniku tych wyborów? Jedna rzecz już się stała. PiS nie ulegnie marginalizacji. Uczestniczy w grze jako jeden z dwóch politycznych gigantów. PiS i PO to dalej równoprawni gracze. Tak się dzieje w dwubiegunowym systemie partyjnym.
Ale stała się – patrząc na sondaże – jeszcze jedna rzecz. Grzegorz Napieralski, kandydat SLD, udowadnia, że Sojusz ma jednego silnego przywódcę. Po miesiącach kontestowania go przez partyjnych kolegów pokazuje, kto tu rządzi. I że SLD ma przed sobą przyszłość. Także tę rządową, zwłaszcza wobec druzgocąco niskiego poparcia dla kandydata PSL Waldemara Pawlaka. Reszta zdarzy się w drugiej turze.
[ramka][b][link=http://blog.rp.pl/subotic/2010/06/18/hegemonia-platformy-jest-juz-mniej-prawdopodobna/" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link][/b][/ramka]