Aż 60 proc. wyborców Konfederacji głosuje na to ugrupowanie jako na mniejsze zło. Nie dlatego, że akceptują całość jej programu – często wręcz przeciwnie. Rozważają taki głos, bo po stronie koalicyjnej zbyt mało mówi się poważnie o gospodarce: o podatkach, które nie karzą za pracę, o państwie, które nie traktuje przedsiębiorcy jak podejrzanego, o energii, której koszt nie rujnuje przemysłu. To jest największa niezagospodarowana luka na polskiej scenie politycznej.
To nie jest pomysł na koncesjonowany dodatek do największej partii koalicji, bo satelitów nikt nie traktuje poważnie – ani wyborcy, ani koalicjanci. Poważne ugrupowanie musi startować samodzielnie, z ofertą wyrazistą, przewidywalną i bezkompromisową programowo.
Bezkompromisowość zaczyna się od konkretnych głosowań
Bezkompromisowość to nie retoryka. To gotowość powiedzenia „nie” własnym koalicjantom, gdy proponują rozwiązania na kredyt – jak choćby projekt ustawy o wsparciu emerytalnym dla artystów. Nie w formule szantażu, ale jako jasny sygnał: mamy własne poglądy i własny elektorat, wobec którego jesteśmy lojalni. Tak buduje się wiarygodność w polityce – konsekwencją zapowiedzianą z wyprzedzeniem, nie tłumaczeniami po fakcie.
Czytaj więcej
PSL gotowe jest stworzyć wspólne listy z Polską 2050 na wybory parlamentarne, a koalicja 15 października może wygospodarować funkcję wicepremiera d...
Potrzebujemy w Polsce formacji wolnościowej i jednocześnie proeuropejskiej, bo wbrew temu, co wmawia się wyborcom po obu stronach barykady, te dwie rzeczy się nie wykluczają. Wolność to proste przepisy, przewidywalność prawa i zaufanie państwa do obywateli. Wolność „od” to: brak zgody na nadmiar zakazów i nakazów, na rozrost biurokracji, na nieustanne zmiany przepisów, na rosnące obowiązki administracyjne, na ograniczanie swobody wyboru obywatela. Dziś państwo zbyt często ingeruje we własność prywatną i wkracza w decyzje, które powinny należeć wyłącznie do obywatela. Państwo ma zachęcać, a nie zakazywać.
Ryszard Petru proponuje: „Żadnych nowych podatków”
Zacznijmy od faktów, bo one mówią więcej niż jakiekolwiek hasło. W rankingu International Tax Competitiveness Index, przygotowywanym przez amerykański think tank Tax Foundation, Polska zajęła 35. miejsce wśród 38 państw OECD – i spadła z 31. Mamy jeden z najbardziej skomplikowanych systemów podatkowych świata rozwiniętego. To nie jest opinia polityczna – to pomiar. Jak słyszę o kolejnych pomysłach obniżek podatków poprzez ich podwyższanie, to naprawdę ręce opadają.
Skala niestabilności prawa jest równie wymowna. Jak wynika z „Barometru prawa” Grant Thornton, w rekordowym 2016 r. uchwalono w Polsce ponad 35 tys. stron nowych aktów prawnych; jeszcze w 2023 r. było to ponad 34 tys. stron. Przedsiębiorca, który chciałby na bieżąco śledzić zmiany w prawie, musiałby czytać kilkadziesiąt stron ustaw i rozporządzeń dziennie. Co gorsza, na każdy jeden uchylany przepis przypadało w ostatnich latach ponad 20 nowych lub zmienionych regulacji wymagających od firm dostosowania. Wielka Brytania już w 2011 r. przyjęła zasadę „one-in, one-out” – nowy obowiązek regulacyjny wymaga usunięcia innego. W Polsce ta relacja wynosi jeden do dwudziestu kilku – w złą stronę.
Czytaj więcej
Jest spora grupa ciężko pracujących przedsiębiorców, osób aktywnych, potrzebujących partii wolnościowej, która nie byłaby ksenofobiczna i antyunijn...
Dlatego trzeba powiedzieć wprost:
Po pierwsze: żadnych nowych podatków i żadnego podnoszenia stawek! Żadnych nowych danin ani opłat. Przy jednoczesnej zgodzie na uszczelnianie luk i poszerzanie bazy podatkowej – to obowiązek państwa wobec uczciwych podatników.
Po drugie: obniżka składki zdrowotnej do poziomu sprzed podwyżki Morawieckiego. Cofnijmy zmiany wprowadzone przez Mateusza Morawieckiego z 2022 r. i przywróćmy składkę zdrowotną do poziomu sprzed Polskiego Ładu. Znieśmy uzależnienie wysokości składki od dochodu przedsiębiorców oraz przywróćmy możliwość jej odliczenia od podatku. Niższa, przewidywalna składka to realna ulga dla przedsiębiorców i pracujących.
Po trzecie: kierunek zmian to odchodzenie od opodatkowania pracy w stronę podatków pośrednich. Warto wiedzieć, że według metodologii OECD klin podatkowy dla singla zarabiającego przeciętne wynagrodzenie wynosi w Polsce ok. 35 proc. kosztów pracy – ale po doliczeniu wszystkich obowiązkowych płatności realne obciążenie sięga ok. 40 proc. i przekracza średnią państw rozwiniętych. Obecnie 40 gr z każdej złotówki kosztów pracy jest zabierane pracownikowi.
Czytaj więcej
- Chciałbym rozszerzyć ten ruch, który nazwałem roboczo Konfederacją Light. Powoli będę od tego odchodził, bo ludzie myślą, że chcę założyć takie u...
Po czwarte: zmiany podatkowe wchodzą wyłącznie 1 stycznia, prawo nigdy nie działa wstecz, a vacatio legis wynosi rok. Dziś ustawy podatkowe wchodzą w życie średnio po nieco ponad miesiącu od publikacji – wbrew deklaracjom kolejnych rządów o „pół roku dla biznesu”.
Po piąte: interpretacja podatkowa w 30 dni jako gwarantowane prawo podatnika. Ustawowy termin to dziś trzy miesiące, średni realny czas oczekiwania wynosił w ostatnich latach ok. 68 dni, a w skrajnych przypadkach – gdy fiskus odsyłał podatnika po klasyfikacje statystyczne – niepewność trwała nawet rok. Przedsiębiorca czekający na odpowiedź fiskusa nie inwestuje, nie zatrudnia i nie planuje. To czysta strata dla gospodarki.
Nie jesteśmy w tym osamotnieni w regionie, który sami sobie wybraliśmy za punkt odniesienia. Duńska partia Venstre trzyma się od 2001 r. zasady „stopu podatkowego” – żadna danina nie rośnie bez obniżki gdzie indziej – i to w kraju, którego nikt nie posądza o niechęć do państwa opiekuńczego. Dziś partia ta proponuje dodatkowo obniżkę CIT z 22 proc. do 20 proc. oraz redukcję obciążeń administracyjnych firm o jedną czwartą. Niderlandzka, współrządząca krajem partia byłego premiera Marka Rutte (VVD) poszła w tę samą stronę: niższe podatki od pracy, oszczędności i przedsiębiorczość oraz twardy zakaz podnoszenia danin firmom.
Regulacje: państwo długiego horyzontu zamiast państwa jednej kadencji
Tam, gdzie gospodarka wymaga inwestycji liczonych w dekady – fundacje rodzinne, rozwiązania podatkowe dla inwestorów instytucjonalnych, energetyka, zbrojenie armii, system emerytalny – prawo musi być stabilne i przewidywalne. Nikt nie zainwestuje kapitału na 30 lat w kraju, w którym reguły gry zmieniają się co kadencję, a czasem co budżet. Polska buduje dopiero pierwsze pokolenie rodzimego kapitału prywatnego – firmy rodzinne stojące przed sukcesją, oszczędności emerytalne, które powinny pracować na krajowym rynku kapitałowym. Jedna nieprzemyślana, nagła zmiana regulacyjna potrafi zniweczyć dekadę budowania zaufania.
Dlatego trzeba odwrócić logikę legislacyjną: prawo tworzone wolniej, z realnym udziałem ekspertów, z konsultacjami, które nie są formalnością – dziś dla co drugiego projektu ustawy brakuje jakiejkolwiek dokumentacji z konsultacji publicznych – i z dążeniem do ponadpartyjnego konsensusu w sprawach o horyzoncie dłuższym niż kadencja. Nie zmienia się reguł gry w trakcie jej trwania. Inaczej zaprzepaścimy historyczną szansę na budowę silnego, rodzimego kapitału prywatnego – a wtedy o strategicznych sektorach polskiej gospodarki będą decydować wyłącznie kapitał zagraniczny i spółki skarbu państwa.
Deregulacja: domniemanie niewinności obywatela
Prawdziwa deregulacja zaczyna się od samoograniczenia państwa – wobec obywatela i wobec firmy. Co to znaczy w praktyce? Domniemanie niewinności podatnika i inwestora zamiast domniemania, że wszyscy wkoło kradną. Zasadę milczącej zgody stosowaną realnie, a nie na papierze: urząd, który nie odpowiada w terminie, wydaje opinię pozytywną. Skrócenie procesów wydawania pozwoleń i zgód. Mniej deklaracji, oświadczeń i formularzy, które nie służą niczemu poza koniecznością zatrudniania urzędników do ich weryfikacji.
Ponad połowa polskich przedsiębiorców deklaruje w badaniach, że częstotliwość zmian legislacyjnych jest zbyt wysoka, a wśród nich 85 proc. twierdzi, że istotnie utrudnia im to prowadzenie firmy. Równocześnie prawie dwie trzecie Polaków wskazuje uproszczenie systemu podatkowego jako zmianę, która najbardziej ułatwiłaby życie przedsiębiorcom. To nie jest postulat radykałów – to postulat głównego nurtu polskiej przedsiębiorczości, którego żadna partia konsekwentnie nie realizuje. Deregulacja to promocja konkurencyjności, a więc efektywności – i tym samym ograniczanie roli państwa tam, gdzie rynek działa lepiej.
Energetyka i bezpieczeństwo: prąd stał się polskim problemem numer jeden
W temacie energetyki dane są brutalne. Według Eurostatu za drugą połowę 2025 r. polskie przedsiębiorstwa energochłonne – huty, cementownie, chemia, papier – płaciły najwyższą w Europie cenę netto energii elektrycznej: 17 eurocentów za kilowatogodzinę przy średniej unijnej wynoszącej 11 eurocentów. Nawet Niemcy, które zwykle nas wyprzedzały w tych zestawieniach, płaciły mniej – 13 eurocentów. A kontrakty terminowe na 2027 r. wyceniane są w Polsce ponad dwukrotnie drożej niż we Francji i o ok. 30 proc. drożej niż w Niemczech.
Dla inwestora rozważającego lokalizację fabryki czy centrum danych to informacja wręcz rozstrzygająca. Wysokie ceny energii wstrzymują dziś rozwój produkcji przemysłowej, ale też niezwykle energochłonnego sektora IT, centrów danych i sztucznej inteligencji – czyli dokładnie tych branż, które mają i powinny być kołem zamachowym polskiej gospodarki następnej dekady.
Recepta nie jest tajemnicą: zaangażowanie sektora prywatnego w transformację energetyczną. Czyli maksymalne wykorzystanie sektora prywatnego przy inwestycjach w nowe moce wytwórcze – bo prywatny inwestor buduje szybciej i taniej niż zarządzana politycznie spółka Skarbu Państwa – przy minimalizacji stałego wsparcia publicznego. Rolą państwa są stabilne, przewidywalne ramy prawne, nie wieczne dotowanie. Kraje o dyspozycyjnych mocach zeroemisyjnych – Francja z energetyką jądrową, kraje nordyckie z hydroenergetyką – notują strukturalnie ceny dwu-, trzykrotnie niższe od polskich. To jest jedyny racjonalny kierunek.
Bezpieczeństwo Polski musi opierać się nie tylko na sile wojska, ale przede wszystkim na sile polskiego przemysłu
To samo dotyczy armii. Bezpieczeństwo Polski – zagrożone dziś w wyniku realizacji imperialistycznego planu Rosji Putina – musi opierać się nie tylko na sile mundurów, ale przede wszystkim na sile polskiego przemysłu. Historyczny wzrost wydatków obronnych i europejski program SAFE to szansa, jaka trafia się raz na pokolenie. Doświadczenia USA, Izraela i Korei Południowej pokazują ten sam mechanizm: technologie rozwijane na potrzeby obronności – sztuczna inteligencja, drony, komunikacja satelitarna, cyberbezpieczeństwo, magazynowanie energii – stają się potem fundamentem przewag konkurencyjnych całej, także cywilnej gospodarki. Kluczem są tzw. technologie dual-use i maksymalne włączenie prywatnych polskich firm zbrojeniowych i technologicznych, zamiast kierowania całego strumienia do państwowych molochów i zagranicznych dostawców.
Czytaj więcej
Kredyty i deklaracje dobrych chęci nie zastąpią tego, co jest dla zwiększania naszych zdolności kluczowe – pieniędzy. A budżetu na armię nie da się...
Kontekst jest bezlitosny: według European Innovation Scoreboard Komisji Europejskiej Polska zajmuje 23. miejsce wśród 27 państw UE, z poziomem innowacyjności wynoszącym 65,9 proc. średniej unijnej. Jesteśmy w grupie „wschodzących innowatorów” – uprzejmy eufemizm na określenie ogona stawki. Wydatki obronne to jedna z niewielu realnych dźwigni, by to zmienić w ciągu dekady, a nie pokolenia.
Ekologia: zamiast eko-ideologii – pragmatyzm ekologiczny
Zamiast eko-ideologii proponuję pragmatyzm ekologiczny. To hasło, które powinno wyznaczyć polskie stanowisko w Brukseli na najbliższe lata. Dotychczasowa polityka klimatyczna Unii Europejskiej zbyt często oznaczała narzucanie kosztownych, sztywnych celów bez liczenia się z realiami gospodarczymi, konkurencyjnością przemysłu i portfelami Europejczyków. Skutki widać w danych: średnia cena energii dla przedsiębiorstw w Europie jest ponad dwukrotnie wyższa niż w USA czy Chinach, co oznacza strukturalną utratę konkurencyjności całego kontynentu i exodus produkcji energochłonnej poza Europę – do krajów, które często żadnych norm środowiskowych nie przestrzegają lub robią to bardzo wybiórczo. Taka „ochrona klimatu” nie zmniejsza globalnych emisji. Przenosi je tylko poza europejskie statystyki, dokładając po drodze koszty transportu.
Pragmatyzm ekologiczny oznacza co innego: celem jest realna redukcja emisji osiągana najniższym kosztem – przez technologie, rynek i innowacje, nie przez administracyjny przymus i ideologiczne wskaźniki. Polska powinna bronić w UE podejścia technologicznie neutralnego, w którym transformacja energetyczna wzmacnia, a nie osłabia konkurencyjność gospodarki. Nie jesteśmy w tym osamotnieni – presja na głęboką korektę systemu ETS płynie dziś od szeregu państw członkowskich, które doszły do tego samego wniosku: obecny model wyczerpał swoją legitymację ekonomiczną i społeczną. Holandia i Dania pokazują, jak wygląda ta filozofia w praktyce – oba kraje mówią dziś wprost o „tanim i zielonym prądzie z własnej ziemi”.
Zdrowie: najpierw naprawa systemu, potem rozmowa o pieniądzach
Czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty wynosi w Polsce średnio 4,2 miesiąca – a od 2012 r., gdy zaczęto ten pomiar, kolejki wydłużyły się dwukrotnie mimo stałego wzrostu nakładów. Na badanie diagnostyczne czeka się średnio 2,8 miesiąca. Od wizyty u lekarza rodzinnego do endoprotezoplastyki stawu kolanowego mija ponad 25 miesięcy. Choroba w kolejce nie czeka – postępuje, często uniemożliwiając później optymalne leczenie. Równocześnie pacjenci po raz pierwszy od lat zaczęli procentowo więcej płacić za leczenie z własnej kieszeni – co oznacza cichą prywatyzację systemu: kto ma pieniądze, ten się leczy; kto nie ma, ten czeka.
Ten, kto dziś proponuje wzrost wydatków na ochronę zdrowia, nie proponując najpierw uszczelnienia i naprawy systemu, kompromituje się w poważnej debacie publicznej. Owszem, Polska wydaje na zdrowie w sektorze publicznym mniej niż zachód Europy – łączne wydatki to około 6-7 proc. PKB wobec ponad 10 proc. średniej unijnej. Ale nie włącza się w to wydatków prywatnych na zdrowie, czyli kolejne 1-2 proc. PKB. Jeśli oba te systemy nie będą ze sobą dobrze współpracowały, to nie zmienimy dzisiejszych nieefektywności systemu. A sam wzrost nakładów publicznych bez reformy struktury świadczeń, bez odciążenia SOR-ów pełniących dziś funkcję podstawowej opieki zdrowotnej, bez skrócenia etapowości leczenia i bez rozliczania efektów – to dosypywanie wody do dziurawego wiadra.
Migracja: wyłącznie rachunek ekonomiczny. Kto nie jest gotów się dostosować, nie ma miejsca w Polsce
Twarda, szczelna i w pełni kontrolowana polityka migracyjna, sterowana wyłącznie potrzebami rynku pracy – nie ideologią otwartych drzwi. Dane rysują obraz precyzyjnie: W 2026 r. w Polsce jest 17 zawodów deficytowych – brakuje m.in. kierowców ciężarówek (deficyt w 326 powiatach), lekarzy, pielęgniarek, spawaczy, elektryków i nauczycieli – i ani jednego zawodu nadwyżkowego w skali kraju.
Wniosek jest oczywisty dla każdego, kto umie liczyć: potrzebujemy imigracji pracowników z konkretnymi, brakującymi kwalifikacjami – konkretni ludzie do konkretnych zawodów – ale nie migracji masowej i niekontrolowanej jak za czasów PiS. Warunkiem pobytu w Polsce musi być pełna akceptacja naszej kultury, tradycji i porządku prawnego. Kto nie będzie gotów się dostosować, będzie musiał opuścić Polskę.
Czytaj więcej
Nie dajmy się nabrać narracji, że obniżka składki zdrowotnej oznacza zapaść w ochronie zdrowia. Jest wręcz odwrotnie: obniżka ta powinna uruchomić...
To rozumowanie potwierdza doświadczenie krajów, które programowo próbują łączyć twardą politykę wobec migracji nielegalnej z otwartością na pracowników, których gospodarka realnie potrzebuje – to zestawienie, które w polskiej debacie wciąż uchodzi za niemożliwe, a za naszą zachodnią granicą jest już praktyką rządzenia. Niech wnioski azylowe będą rozpatrywane poza Unią Europejską, a osoby, które przekraczają granicę bez zaproszenia, są konsekwentnie zawracane – to twarda linia wymierzona w migrację nielegalną.
Jedyna spójna strategia dla kraju na dorobku, który chce przestać być montownią, a zacząć być właścicielem technologii
Wyborca głosujący na mniejsze zło nie szuka radykalizmu dla samego radykalizmu. Szuka tego, czego polska polityka nie potrafi mu zaoferować od lat: wiarygodności w sprawach gospodarczych. Niskich i stabilnych podatków. Państwa, które ufa obywatelowi. Taniej energii i silnej armii opartej na sile polskiego przemysłu. Ekologicznego zdrowego rozsądku zamiast czystej ideologii. I analitycznej rozmowy o ochronie zdrowia – zamiast licytacji na wydatki.
Te postulaty trzeba połączyć z proeuropejskim kursem, bo wyjście Polski na margines UE byłoby dla nas wszystkich gospodarczą katastrofą – utratą rynku, na który trafia większość polskiego eksportu, i utratą funduszy finansujących polską transformację. Wolnorynkowość i europejskość to nie sprzeczność. To jedyna spójna strategia dla kraju na dorobku, który chce przestać być montownią, a zacząć być właścicielem technologii. A my chcemy być właśnie takim krajem – silnym, bezpiecznym, inspirującym innych. To wszystko wymaga odnowienia umowy społecznej z elitami politycznymi. I będzie możliwe wyłącznie poprzez wybory w 2027 r.
Polki i Polacy potrzebują wolności. I trzeba im ją zapewnić i zagwarantować w wyborach w 2027 r!