Wszyscy podnieśli głowy znad smartfonów. W studiu telewizyjnym goście, wydawcy, pracownicy techniczni – słuchali wspomnień byłej sanitariuszki powstania warszawskiego. A 99-letnia kobieta opowiadała o śmierci starszego brata na barykadzie, jakby to było wczoraj. Wyznała, że wtedy straciła najbliższą w całym życiu osobę. To zmieniło jej życie. A jednak dla niej decyzja o podjęciu walki w 1944 r. zachowała sens. I tu – nagle – dodała: „ale nie po to robiliśmy powstanie, żeby dziś w Polsce bito kobiety za to tylko, że są Ukrainkami”.
Roztrząsanie znaczenia powstań narodowych to część naszej tożsamości. „Bić się czy nie bić?” – rozłożono to na wszelkie sposoby. I oto w 2026 r. uczestniczka powstania oświadcza, że powstanie owszem musiało wybuchnąć, jednak nie po to, żeby chuligani bili ludzi na ulicach.
Po powrocie z telewizji do domu przypomniałem sobie słynny felieton Stefana Kisielewskiego napisany w drugą rocznicę powstania. Kisiel był uczestnikiem kampanii wrześniowej, ranny został w sierpniu 1944 r. Tragedię stolicy znał z pierwszej ręki. On z kolei jednocześnie utrzymywał, że w powstaniu miał obowiązek wziąć udział, ale politycznie było ono bez sensu.
Czytaj więcej
Dopiero wolna Polska oddała należną cześć tym, którzy przeżyli Powstanie Warszawskie. Ale gdyby do niego nie doszło, powszechna wola walki i nienaw...
Urazy zamieniamy w pragnienie dominacji
Znaczenie ma to, kto wypowiada te słowa. Jeśli do debaty wchodzą roczniki, które nie walczyły w powstaniu, wszyscy są sobie równi. Jako że dramat stolicy urósł do symbolu dramatu Polski, trudno, by nie miał znaczenia światopoglądowego. Trudno zatem, by tematu nie podejmowali cynicy i wariaci. Kisiel mądrość wyniesioną z gruzów powstania podsumowywał, że my, Polacy, „mamy psychikę nieprzystosowaną do warunków, w jakich żyć musimy”. Chcemy być nacjonalistycznym mocarstwem, nie umiejąc zmontować własnej siły militarnej. Nie umiemy podtrzymywać sojuszy z sąsiadami. Urazy zamieniamy w pragnienie dominacji. W efekcie kręcimy się w „samobójczym błędnym kole”. I tu przypomina się, że ostatnio, poza wiadomością o pobiciu młodych Ukraińców, doniesiono, że w piątym roku wojny pełnoskalowej nasze umocnienia na wschodniej granicy są godne kampanii wrześniowej 1939 r.
Czytaj więcej
Brutalny atak we Wrocławiu wpisuje się w normalizację działalności bojówek motywowanych politycznie i ideologicznie. Zaczyna się od rzekomo obywate...
Naiwne jest myśleć, że ekstremiści przestaną grać historią
Naszą racją stanu nie jest uleganie chuliganom. Dla nich ważniejsze jest danie pięścią w zęby, niż to, w czyje to zęby. Wczoraj byli to Polacy sympatyzujący z innym klubem piłkarskim. Kiedyś obiektem nienawiści byliby Żydzi. Obecnie są nim Ukraińcy. Ten rodzaj przemocy nie zniknie. Podobnie naiwne jest myśleć, że ekstremiści przestaną grać historią. Ostatecznie najważniejsze jest, czy politycy sprawujący władzę, w pierwszej kolejności prezydent, potępiają przemoc. Nie chodzi o moralizowanie. Oni mają obowiązek widzieć więcej. A to USA gwarantują nam bezpieczeństwo. Aktualny Biały Dom współpracuje z Izraelem i Ukrainą. Czy to nie dość, by się opamiętać? Ostatni powstańcy, jak Anna Przedpełska-Trzeciakowska, szczęśliwie przypominają nam, że w XXI wieku rozważanie sensu insurekcji w nowych kontekstach jest możliwe i potrzebne.