Ze zdumieniem przeczytałam kolejny artykuł poświęcony tematowi ustawy o zabezpieczeniu socjalnym artystów. Był to tekst prof. Marka Góry, wykładowcy SGH w Katedrze Ekonomii, zatytułowany „Wsparcie dla artystów – za i przeciw. Bez emocji”. Choć autor przekonuje, że kulturę wspierać trzeba, a nawet hojnie ją finansować, to ostatecznie jest przeciwny temu, aby ustawa o zabezpieczeniu socjalnym artystów weszła w życie. Mimo solidarnego jej poparcia przez środowisko twórcze – i to niemal jednogłośnie. Zarówno ci, których te rozwiązania nie będą dotyczyć (czyli osoby na etacie lub wystarczająco dobrze zarabiające), jak i ci, dla których to będzie bezpośrednie wsparcie, mówią wspólnie o potrzebie ich wdrożenia. Bo dzięki temu cała branża zostanie wzmocniona i uda się uniknąć tracenia talentów.
60 proc. twórców zarabia poniżej minimalnej krajowej, a grupą o najmniejszych przychodach są twórcy ludowi
Może się mylę, ale mam wrażenie, że prof. Góra nie zapoznał się z przywoływanymi ostatnio do znudzenia badaniami pod kierunkiem prof. Doroty Ilczuk „Policzone policzeni”, według których ok. 60 proc. twórców zarabia poniżej minimalnej krajowej, a grupą o najmniejszych przychodach są twórcy ludowi. Całkiem niedawno ukazał się też raport z badań dotyczących wynagrodzeń w branży audiowizualnej. Jeden z mocniejszych jego fragmentów to odpowiedzi na pytanie o bezpieczeństwo zawodowe: aż 82 proc. przebadanych kobiet i 72 proc. przebadanych mężczyzn uważa, że praca w branży nie daje bezpieczeństwa.
Czytaj więcej
Chciałbym, by kultura w Polsce była w relacji do naszych możliwości szczodrze finansowana. Jednak regulacje dotyczące wsparcia artystów powinny zos...
Moje zdziwienie artykułem powoduje przede wszystkim brak odniesień do faktów, porównań z innych krajów czy usystematyzowania tematu właśnie z ekonomicznego punktu widzenia. Kilka tez w tekście profesora rodzi, z jednej strony, szereg pytań, a z drugiej – niezgodę na interpretację niektórych kwestii. Pozwolę więc sobie odnieść się do wywodu profesora, próbując nakierować na pogłębienie poruszanej tematyki.
Ile nas kosztuje niewłączanie w system emerytalny artystów bez JDG i etatów?
Autor pisze: „takie wsparcie to dodatkowy koszt dla społeczeństwa”. Ergo – na razie tego kosztu nie mamy, choć pokolenie artystów bez prawa do emerytury osiągnęło już wiek emerytalny; nie wprowadzając teraz proponowanego rozwiązania, unikniemy wydatków, co według autora będzie sensowniejszym wyjściem i odpowiedzią na problem.
A ja bym chciała zapytać się profesora ekonomii, ile nas kosztuje niewłączanie w system emerytalny artystów bez JDG i etatów? Czy opłaca się nam społecznie fakt, że ileś tysięcy ludzi w Polsce nie ma prawa do emerytury, urlopu macierzyńskiego i skorzystania z NFZ?
Czytaj więcej
- W kontekście ustawy mówimy o osobach, które realnie potrzebują wsparcia państwa – mówi o tzw. ustawie dla artystów minister Marta Cienkowska. Sze...
Dalej – czy opłaca się nam utrzymywać uczelnie artystyczne i kształcenie plastyków, reżyserów, aktorów, operatorów itp., skoro nieliczni z nich będą mogli kontynuować zawodową drogę twórczą? Przykładowo, roczny koszt studiów jednego studenta aktorstwa to ok. 400 tys. zł. Czy opłaca się nam nie wybiórcze, ale zbiorowe przekwalifikowywanie się z zawodów artystycznych na inne? I znowu, czy to przekwalifikowanie okazuje się zyskiem? Jeśli tak, to jakim? Dlaczego lepiej mieć wykształconych (lub wyuczonych zawodu) artystów pracujących w nieswojej branży – z punktu widzenia gospodarki?
Ilu artystów potrzebuje Polska?
Tu nasuwa się z kolei inne pytanie – ilu artystów potrzebuje Polska, 20. gospodarka świata? Mamy ich ok. 62 tys. w 38-mln kraju. Niemcy z ludnością ok. 83 mln mają ich ponad 200 tys. Hiszpania, kraj o ludności ok. 48 mln, ma artystów ok. 130 tys. Finlandia – na 5,6 mln ludności 17 tys. artystów. W Polsce ich odsetek to 0,16 proc. ludności, w Finlandii 0,30 proc. Czy więc w Polsce jest za dużo artystów? Jak wygląda u nas rynek sztuki? Czy jest on wystarczająco rozwinięty w stosunku do liczby ludności? Czy potrzebujemy go wzmacniać, czy nie? Czy realizuje on potencjał polskich twórców i biznesu jednocześnie? I czy potrzebujemy kultury w mniejszych ośrodkach? Czy z punktu widzenia gospodarki korzystne jest wymieranie rzemiosła artystycznego?
Kolejna sprawa – w tekście pada teza, że „może warto rozważyć kierowanie wsparcia jedynie do osób, które niezależnie od umowy składki jednak płacą”. Czyli to w pewnym sensie propozycja bardziej radykalna – bo sugeruje dopłacanie do składek tym, którzy całkiem nieźle (z punktu widzenia środowiska kultury) zarabiają i ich dochody są na tyle duże i stabilne, że wywiązują się z obowiązków wobec ZUS. Obawiam się, że taki pomysł byłby jeszcze silniej storpedowany przez opinię publiczną niż ustawa, wokół której dziś się spieramy, która środki ma przekierować do osób tworzących kulturę i sztukę, ale zarabiających maksymalnie 68 tys. zł brutto rocznie.
„Tego typu regulacja (…) wzmocni naciski innych grup zawodowych, które z pełnym przekonaniem i zaangażowaniem będą forsowały wzięcie pod uwagę także ich specyfiki”. Nie zawężałabym tu owych nacisków jedynie do oddziaływania (lub jego próby) na polityków, bo zazwyczaj grupy walczące o siebie robią to wielotorowo. Czy potrzebujemy aktywnych obywateli, angażujących się we własne sprawy? Co jest lepsze dla gospodarki – pracownicy potrafiący upomnieć się o swoje prawa (w miejscu pracy czy u decydentów tworzących regulacje prawne), czy pracownicy bierni? Wreszcie, co jest lepsze dla jakości naszej demokracji?
Włączmy w system ubezpieczeń tych, których w nim nie ma. Po to, by dalej mogli tworzyć kulturę, ale w bezpieczniejszych warunkach
Prof. Góra pisze: „oparcie systemu na specyficznych regulacjach otwiera drogę do politycznych rozgrywek, na których wszyscy tracimy”. Poprosiłabym tu o konkrety. Co jako państwo stracimy, włączając w system emerytalny np. artystów, których prace są w kolekcjach muzealnych, którym państwowe instytucje wręczają medale i odznaczenia? Takim artystą jest chociażby Zbigniew Libera, odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności oraz Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Sytuacja tego artysty była parę lat temu wielokrotnie przywoływana w mediach przy okazji prac nad rozwiązaniami socjalnymi dla artystów. Czy to nie dziwne, że jako państwo nie potrafimy uszanować swojego dziedzictwa w najbardziej podstawowy sposób, gwarantując artystom tej rangi najniższą emeryturę?
„Sama treść projektu jest długa i zawiła, co nasuwa obawę, że będzie w niej sporo możliwości obchodzenia ograniczeń. Szczególnie niepokoją zapisy dotyczące administracyjnej otoczki całego przedsięwzięcia”. Tak, projekt może wydawać się zawiły. Ale jego celem jest rozwiązanie problemu, który istnieje od 1989 r., nad którym pracowało już kilka ekip rządowych, a sama specyfika pracy twórczej jest niejasna dla większości społeczeństwa. W dodatku inne systemy wsparcia, jak np. KRUS, w praktyce okazały się nieszczelne. W proponowanej wersji ustawy jest nacisk na to, by pieniądze trafiały precyzyjnie do osób rzeczywiście do tego uprawnionych, czyli artystów tworzących i utrzymujących się z pracy twórczej. A cel jest jasny – włączamy w system ubezpieczeń tych, których w nim nie ma. Po to, by dalej mogli tworzyć kulturę, ale w bezpieczniejszych warunkach. I ten cel nie jest zawiły.
Czytaj więcej
Z doświadczeń innych państw europejskich wynika, że opłata reprograficzna nie wpływa na ceny sprzętu – mówi Marta Cienkowska, ministra kultury i dz...
Odnośnie do „obchodzenia ograniczeń” – wymienię kilka pomysłów na to, jak obecnie artyści próbują utrzymać ciągłość składek: najczęściej zatrudniają się na fikcyjnej 1/18 etatu w firmie szwagra, rejestrują się w Urzędzie Pracy jako bezrobotni czy korzystają z usług Inkubatora Przedsiębiorczości. To obecne luki w systemie są okazją do kombinowania, które, swoją drogą, dla wielu jest upokarzające.
„Czy nie wzmacnia to podejścia »ja nie płacę składek – niech inni je zapłacą za mnie«? Jeśli tak, to (...) rośnie chęć »podczepienia się« pod takie wsparcie”. Zastanawiam się, komu mogłoby zależeć na tym, aby przechodzić całą procedurę administracyjną potwierdzającą niskie zarobki po to, aby dobić do możliwości pójścia do lekarza na NFZ i otrzymania w przyszłości najniższej emerytury. Udawać artystę, tworzyć naprędce dorobek i w dodatku wykazywać źródło dochodów z pracy twórczej z trzech lat. Dla kogo może się to okazać zachęcające? Jak już próbowałam wykazać – to teraz dziury w systemie zachęcają do prób desperackiego „podczepienia się”.
Stać nas na wsparcie profesjonalnych klubów piłkarskich, a nie stać na wsparcie ważnych dla kultury polskiej artystów?
„Pieniądze przeznaczane na wsparcie powinny być zapisywane jako konkretna kwota w ustawie budżetowej”. W dokumentach dotyczących ustawy są konkretne wyliczenia. Ustawa przeszła przecież przez ustalenia międzyresortowe m.in. z Ministerstwem Finansów, a urzędnicy tego resortu zagwarantowali na ten cel środki w budżecie. Chodzi o 380 mln zł rocznie, które miałyby zabezpieczać socjalnie ok. 20 tys. artystów. Nie chodzi tu też o dopłaty „wszystkim po równo”, ale taką wysokość dopłat, która będzie odpowiadała rzeczywistym zarobkom. W praktyce oznacza to nowych klientów ZUS opłacających samodzielnie część składek lub ich całość, w zależności od miesięcznych przychodów. Osoby, które do tej pory nie płaciły nic, zaczną odprowadzać składki. Wysokość samych składek będzie wynosić tyle, ile jest odprowadzane przez pracowników na etacie zarabiających najniższą krajową.
Przykładowo, dla porównania wydatków publicznych – ostatnio ukazała się ciekawa analiza dotycząca klubów piłkarskich. Artykuł Bolesława Breczki z „Gazety Wyborczej” przytacza dane, mozolnie wydobywane w trybie dostępu do informacji publicznej, z których wynika, że samorządy wydają co najmniej 200 mln zł rocznie na kluby piłkarskie. Nie na upowszechnianie kultury fizycznej wśród dzieci i młodzieży czy osób dorosłych. To wsparcie dla jednej, spośród wielu, dyscypliny sportowej. W dodatku takiej, która ma możliwości komercjalizacji. Pytanie o zasadność tych wydatków pozostawię specjalistom w temacie. Jednak warto wiedzieć, że według dostępnych danych w meczach Ekstraklasy, 1 i 2 ligi padły w ciągu roku 1324 bramki. Szacunkowy koszt każdej z nich to 157 501 zł z publicznych pieniędzy. To dużo czy mało? Czy stać nas na to?
Czytaj więcej
Państwo wykorzystuje ZUS do prowadzenia polityki socjalnej i demograficznej oraz wspierania wybranych grup zawodowych. Problemem nie jest wypłata ś...
Profesor sugeruje także konieczność poprawienia ustawy i przemyślenia jeszcze raz proponowanych rozwiązań. Biorąc pod uwagę fakt, jak przebiega proces legislacyjny w Polsce i że nad tą ustawą pracowano od 2011 r., dodatkowo zestawiając to z wynikami badań mówiącymi o słabych i nieregularnych zarobkach, jedyną propozycją profesora dla środowisk twórczych jest… czekanie na inne, lepsze rozwiązanie. Jakie? Ciężko powiedzieć, bo brak konkretnych pomysłów na to „lepsze”. Czyli, w praktyce, możemy czekać kolejne dziesięciolecie. Ciężko zrozumieć akurat takie podejście i nie czuć rozczarowania.
Zakończę cytatem z pracy Łukasza Cholewy pt. „Ekonomia jako nauka społeczna – spojrzenie krytyczne”: „można zaryzykować tezę, że uniwersytecka ekonomia głównego nurtu stopniowo traci swój społeczny charakter, oddala się od społecznej rzeczywistości. Nadzieją wydają się podejścia heterodoksyjne lub nowe kierunki badań ekonomicznych, jak ekonomia behawioralna czy neuroekonomia. Jednakże w istniejących warunkach instytucjonalnych nie należy liczyć na to, że kierunki heterodoksyjne odegrają w nauce zasadniczą rolę. Podsumowując (...) trudno wskazać procesy, które mogłyby [ekonomii] ten społeczny charakter przywrócić”.
Jadwiga Wianecka