„Lodówka powie to za ciebie” – tym hasłem ponad dwadzieścia lat temu Indesit reklamował w Polsce model Graffiti, na którego drzwiach można było pisać markerami. Później okazało się, że lodówka nie tylko chłodzi, lecz także służy za półkę. Państwo podobnie traktuje ZUS.
Na lodówce stoją już kolejne słoiki: deputaty, rekompensaty, trzynastki i czternastki. Każdy ma własną etykietę i grupę obrońców. Półka się zapełnia, choć związek jej zawartości z ubezpieczeniem społecznym bywa coraz luźniejszy.
Zasada ubezpieczeń jest prosta: składka tworzy prawo do świadczenia. Tymczasem ZUS w coraz większym zakresie staje się operatorem transferów finansowanych z podatków. Może je wypłacać, ale nie powinno to zmieniać natury systemu. Budżetowy wynalazek pozostaje transferem z podatków, nawet jeśli otrzymuje logo ZUS.
Teraz państwo szykuje na półce miejsce na nowy słoik – dla artystów. Projekt zakłada dopłaty do składek naliczanych od minimalnego wynagrodzenia. Łączny koszt w pierwszym pełnym roku: około 375 mln zł. Budżetu to nie zrujnuje. Niby wszystko jasne. Niezupełnie...
Cel jest zrozumiały. Instrument – mniej. Dopłata nie jest składką artysty, lecz budżetowym subsydium księgowanym jak składka. Mechanizm przypomina Fundusz Kościelny: budżet dopłaca grupie wyodrębnionej najpierw według zawodu, a następnie dochodu. Duchownego łatwo rozpoznać. Z artystami zaczynają się wątpliwości, bo nie noszą ani sutanny, ani munduru. Pianista z pewnością zostanie uznany za artystę. Ale lutnik po tym samym konserwatorium? Pisarz – zapewne też. A ekonomista z pasją piszący felietony?
Komisja kwalifikująca ma liczyć 145 osób, choć wnioski ocenią mniejsze zespoły. To one rozstrzygną, kto jest artystą zawodowym, a kto kuglarzem polującym na budżetowy grosz. Kłopoty mogą pojawić się także w przyszłości – choćby wtedy, gdy influencerzy ustawią się w długiej kolejce do ministra, przekonując, że poziom artyzmu należy mierzyć liczbą lajków. Trudno wyjaśnić, dlaczego jedne nieregularne dochody twórców zasługują na wsparcie, a inne nie.
Słoików przybywa, finanse słabną. Ministra, która niedawno porównała ZUS do piramidy finansowej, chce zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, a rodzicielstwo premiować w systemie emerytalnym.
To na razie koncepcja. Samo zrównanie wieku emerytalnego jest racjonalne. Problem zaczyna się, gdy prostą zasadę natychmiast obudowuje się wyjątkiem. „Mama 4+” już uzupełnia dochody osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci, do poziomu emerytury minimalnej. Teraz państwo miałoby pójść krok dalej – różnicować wiek emerytalny lub przyznawać „ekstrapunkty” za rodzicielstwo.
System najpierw zrówna wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, a potem znów ich podzieli – według płci i liczby wychowanych dzieci.
Wynalazków na zbawienie ZUS nie brakuje. A może wystarczyłoby po prostu przestać mieszać w systemie? Jeśli państwo chce wspierać artystów, rodziców lub inne grupy, powinno robić to jawnie z budżetu, w ramach polityki rodzinnej lub kulturalnej. Ten sam budżet, lecz właściwe instrumenty polityki społecznej.
Każdy program powinien jasno pokazywać beneficjentów, jednostkową wartość wsparcia i łączny koszt dla podatników. Powinien też podlegać okresowej ocenie skuteczności i zasadności zastosowanych rozwiązań. Prawa ubezpieczeniowe powinny wynikać ze składek, a transfery redystrybucyjne być jawnie finansowane z podatków. ZUS może wypłacać jedne i drugie, ale państwo nie powinno zacierać różnicy.
ZUS powinien pozostać niezawodną lodówką, nie politycznym kredensem, w którym każdy rząd stawia słoik, każda grupa nakleja etykietę a kolejne ulgi i wyłączenia sprawiają, że coraz mniej osób zasila system pełną składką.