Polska dyskusja o podatkach dla firm zbyt często zaczyna się od pytania, komu podnieść stawkę, komu obniżyć limit i gdzie dopisać kolejne wyłączenie. To wygodne politycznie, ale coraz mniej wystarczające z punktu widzenia gospodarki. Problemem nie jest już wyłącznie poziom opodatkowania, ale także sama konstrukcja systemu: jego zmienność, liczba wyjątków, koszt obsługi i narastająca niepewność po stronie przedsiębiorców. Zakłócamy funkcjonowanie strefy wytwórczej poprzez przypisywanie jej zadań z obszaru redystrybucyjnego państwa.
W międzynarodowych porównaniach Polska regularnie pojawia się jako państwo o bardzo skomplikowanym systemie podatkowym. Komisja Europejska wskazywała, że średniej wielkości firma w Polsce potrzebowała 334 godzin rocznie na realizację obowiązków podatkowych (drugi z najgorszych wyników w UE). Tax Foundation w International Tax Competitiveness Index 2025 umieściła Polskę na 35. miejscu wśród 38 państw OECD. To pokazuje realny koszt, który firmy ponoszą zanim jeszcze zapłacą podatek. Natomiast to nie uwzględnia kosztów utrzymywania aparatu naliczania i ściągania podatków oraz składek zusowskich, które są najuciążliwszą daniną – w sumie tym się zajmuje co najmniej 80 tys. urzędników.
Czytaj więcej
Podążając tropem logiki, która stoi za skrajnym zawężaniem obowiązków Rady Fiskalnej, Ministerstwo Finansów powinno na 2027 r. przedłożyć projekt b...
System podatkowy winien być pochodną struktury przedsiębiorstw w kraju, a nie bytem od niej oderwanym. W Polsce działa około 2,6 mln przedsiębiorstw, w tym w formie spółek prawa handlowego ok. 600 tys., a pozostałe to głównie JDG, spółki cywilne, spółdzielnie i inne. Tylko 8 proc. przedsiębiorstw posiada przychody roczne powyżej 5 mln zł, 70 proc. – do 500 tys. zł, a 30 proc. – poniżej 50 tys. zł.
Polska gospodarka opiera się na małej i bardzo małej działalności gospodarczej. Zatem system podatkowy powinien być na tyle tani i prosty, aby nie blokował rozwoju i wczesnej akumulacji kapitału w tych małych firmach.
Gdyby zmierzyć efektywną stopę podatkową procentowym udziałem w przychodach, to dla małych podmiotów sięga ona 40-60 proc., podczas gdy dla największych około 0,3 proc. Należy cały czas pamiętać, że składki zusowskie są niezależne od dochodu, są stałym obciążeniem, podatkiem kwotowym. Właśnie tymi obciążeniami należy tłumaczyć utrzymywanie się takiej struktury przedsiębiorczości w Polsce – podatki blokują akumulację kapitału i ich wzrost. Nazywamy taki stan rzeczy „wewnętrznym kolonializmem” lub „wewnętrzną okupacją”, jak kto woli.
Na tym tle propozycje nowych rozwiązań, jakie miałyby obowiązywać od 2027 r. powinny być oceniane nie tylko przez pryzmat planowanych wpływów budżetowych, ale też poprzez wpływ na prostotę i koszt utrzymania tego systemu. Rząd zakłada, że w 2027 r. wpływy z CIT wyniosą 94,6 mld zł, czyli o ponad 14 mld zł więcej niż prognozowane wykonanie w 2026 r. Część tego wzrostu ma pochodzić z podwyższenia stawek dla wybranych grup podatników: banków, największych firm, podatkowych grup kapitałowych oraz branży energetycznej. Tę prognozę trzeba jednak zestawić z danymi o luce CIT.
Według raportu Komisji Europejskiej i JRC średnia luka CIT dla państw objętych badaniem wynosi 10,9 proc. pobranych wpływów, podczas gdy dla Polski szacunki są wyższe: 14,3 proc. w wariancie opartym na PKB i 20,2 proc. w wariancie opartym na wartości dodanej brutto. Innymi słowy, rząd chce zwiększać dochody z podatku, którego egzekwowanie już dziś jest wyraźnie trudniejsze niż przeciętnie w badanych państwach.
Innym wyrazem nieefektywności, a raczej patologii, niech będzie struktura płatników CIT. Otóż w 2024 r. 100 podmiotów odpowiadało za 50 proc. wpływów CIT; 90 proc. podmiotów z ok. 600 tys. nie płaci tego podatku w ogóle. Natomiast korzystają one z zasobów polskiego rynku (dróg, bezpieczeństwa, szkolnictwa, które przygotowuje kadry), ale transferują zyski itd. To nie są symetryczne zachowania. Wątpliwe, by podniesienie stawki do 22 proc. zasadniczo zmieniło tę sytuację, która się utrzymuje latami.
Jeżeli w debacie pojawia się pomysł podwyższenia CIT dla części firm, obniżenia limitu ryczałtu czy dodania kolejnych progów i reguł, to warto zadać podstawowe pytanie: czy naprawdę upraszczamy system czy tylko przesuwamy ciężar w coraz bardziej skomplikowanej konstrukcji? Szczególnie trudno pogodzić z hasłem deregulacji propozycję radykalnego obniżenia limitu ryczałtu do 250 tys. euro. Obecny limit 2 mln euro nie musi być traktowany jako rozwiązanie nienaruszalne, ale tak głęboka zmiana powinna być poprzedzona spokojną analizą skutków dla przedsiębiorców, kosztów księgowych, przewidywalności i skali wypychania firm z prostszego modelu rozliczeń do bardziej złożonego systemu.
Obecnie około 40 proc. podmiotów gospodarczych w Polsce rozlicza się podatkiem ryczałtowym (PIT-28). Efektywna stopa opodatkowania mierzona stosunkiem do przychodów jest znacznie wyższa u tych podmiotów niż w przypadku innych form PIT lub CIT. Wobec tego dlaczego odchodzimy od dobrej praktyki?
CIT jako podatek sporu i przewagi optymalizacyjnej
Podatek dochodowy od firm ma jedną podstawową słabość: opodatkowuje kategorię, która w praktyce jest przedmiotem nieustannej interpretacji. Dochód zależy od kosztów, amortyzacji, finansowania, cen transferowych, usług wewnątrzgrupowych, momentu rozpoznania przychodu i wielu innych elementów. Dla dużych podmiotów oznacza to przestrzeń do planowania podatkowego. Dla mniejszych firm często oznacza to ryzyko sporu, koszt doradztwa i niepewność.
Im bardziej państwo próbuje taki system uszczelniać, tym więcej tworzy szczegółowych regulacji. Im więcej szczegółowych regulacji, tym większy koszt ich obsługi. W ten sposób powstaje błędne koło: optymalizacja wywołuje uszczelnianie, uszczelnianie zwiększa złożoność, a złożoność tworzy kolejne przewagi dla tych, którzy mają zasoby, aby się w niej poruszać. Co roku do agend prawnych Ministerstwa Finansów trafia 40-60 tys. indywidualnych zapytań o interpretację szczegółowych przepisów podatkowych.
Podatek dochodowy ze swojej natury jest archaiczną daniną, nie tylko poprzez swoje skomplikowanie i niską rentowność procesu ściągania (kilkadziesiąt tysięcy urzędników skarbowych się tym trudzi wraz z ponad 100 tys. księgowych i doradców podatkowych), ale przede wszystkim swoją szkodliwością społeczną. Przedsiębiorca dowodzi, że ma wyższe koszty, a niższe zyski, czym działa na niekorzyść dobra wspólnego – zaniża wartość swojego przedsiębiorstwa, obniża jego zdolność kredytową i inwestycyjną. A aparat państwowy próbuje udowodnić zgoła coś odwrotnego.
Pyrrusowe zwycięstwo odnosi przedsiębiorca ze swoim aparatem, większość nie płaci podatku dochodowego. Podatki nie mogą konfliktować państwa z przedsiębiorcą. W beznadziejnym boju marnujemy talenty przedsiębiorców, wykształconych urzędników i doradców. Marnotrawstwo energii społecznej, narodowej w imię wewnętrznie generowanego sporu, jest to inna odsłona w/w kolonializmu.
Dlatego wysoka luka CIT nie jest tylko technicznym wskaźnikiem dla administracji skarbowej, ale informacją o jakości samego systemu. Jeżeli podatek wymaga coraz bardziej szczegółowych regulacji, coraz większej liczby raportowań i coraz bardziej zaawansowanych kontroli, a mimo to luka pozostaje wyższa niż średnia w badanych państwach, to mamy do czynienia z problemem konstrukcyjnym. Państwo może oczywiście podnosić stawki wybranym grupom podatników, ale im bardziej złożona jest baza opodatkowania, tym większe znaczenie mają interpretacje, spory i możliwości przesuwania wyniku podatkowego. W takim modelu ciężar systemu w największym stopniu odczuwają mniejsze firmy, które działają lokalnie, mają prostsze struktury i mniejsze możliwości optymalizacji.
Nie trzeba przerysowywać skali problemu, żeby uznać, że obecny model wymaga poważnej rozmowy. Wysoka luka CIT podważa wiarę, że wystarczy podnieść stawkę wybranym grupom podatników, aby budżet trwale i przewidywalnie uzyskał zakładane dochody. Taka metoda może chwilowo poprawiać wybrane pozycje po stronie dochodowej, ale długofalowo zwiększa koszt działania legalnych firm i pogłębia nieufność wobec systemu. Chcąc mieć stabilne dochody budżetowe, państwo powinno się interesować nie tylko nominalną stawką podatku, lecz także tym, czy podatek jest prosty, odporny na optymalizację i możliwy do egzekwowania bez ciągłego mnożenia obowiązków po stronie przedsiębiorców.
W obliczu rosnącego deficytu finansów publicznych państwo będzie szukało dodatkowych dochodów. To zrozumiałe. Ale zanim odpowiedzią stanie się kolejna podwyżka podatku albo kolejny wyjątek w już skomplikowanym systemie, warto zacząć od nisko wiszących owoców: przeglądu obecnych preferencji, wyjątków i obniżonych stawek. Dobrym przykładem jest VAT. Według danych Komisji Europejskiej i CASE niemal 37 proc. potencjalnych wpływów VAT objętych decyzjami krajowej polityki podatkowej nie jest pobierane przy zastosowaniu standardowej stawki. W efekcie system potrafi wyglądać tak, że czysta woda butelkowana jest objęta stawką 23 proc., woda z wodociągu 8 proc., a niektóre napoje zawierające co najmniej 20 proc. soku – 5 proc. To pokazuje, że należy najpierw uporządkować system, który sam przez lata obudowaliśmy wyjątkami.
Nowa logika: prostsza baza, równa konkurencja
Dlatego potrzebujemy rozmowy nie tylko o stawkach, ale o logice opodatkowania firm. Jednym z kierunków, który warto uczciwie przeanalizować, jest szersze wykorzystanie podatku przychodowego lub rozwiązań ryczałtowych. W zasadzie chodzi o wprowadzenie jednolitej daniny, która zastąpi podatki dochodowe od działalności i pracy łącznie ze składkami społecznymi, nie jako prostego hasła „zlikwidujmy CIT”, ale jako realnej alternatywy dla części obecnego systemu.
Przychód jest kategorią łatwiejszą do ustalenia niż dochód. Trudniej go przesuwać za pomocą kosztów, finansowania czy wewnętrznych rozliczeń grupowych. Może dawać firmom większą przewidywalność, administracji prostszą bazę kontroli, a budżetowi stabilniejsze wpływy. To nie znaczy, że taki model nie wywołuje ryzyk. Właśnie dlatego rozmowa powinna dotyczyć wariantów, progów, stawek, wyłączeń i bezpieczników, a nie jednego gotowego sloganu.
Warto też zauważyć, że prostsze formy opodatkowania, oparte na przychodzie lub obrocie, nie są rozwiązaniem egzotycznym. Korzystają z nich zarówno duże gospodarki rozwijające się, jak i mniejsze państwa nastawione na rozwój przedsiębiorczości. W Brazylii od lat działa Simples Nacional, czyli uproszczony system dla firm mikro i małych, oparty na przychodzie brutto, integrujący kilka danin w jednym mechanizmie.
Indie stosują uproszczone rozwiązania, w których dla części podatników określony procent obrotu uznaje się za dochód podatkowy. Podobną logikę widać w Uzbekistanie, który przy wysokim tempie wzrostu PKB stosuje uproszczony podatek od obrotu dla części przedsiębiorców jako alternatywę standardowego CIT i VAT. Gruzja wykorzystuje z kolei bardzo prosty model dla indywidualnych przedsiębiorców: 1 proc. od obrotu w ramach statusu małej firmy, z wyższą stawką 3 proc. po przekroczeniu progu.
Podatki nie mogą być zmieniane bez akceptacji społecznej. Wniosek dla Polski nie polega na kopiowaniu tych systemów, lecz na tym, że państwa o różnych modelach rozwoju uznają prostszą bazę opodatkowania za narzędzie formalizacji działalności, zmniejszania kosztów administracyjnych i wzmacniania przewidywalności dla przedsiębiorców. Wiele krajów, jak widać, rozpoznało potrzebę dostosowania form opodatkowania do struktury przedsiębiorstw.
Pędząca dynamicznie i aspirująca do G20 Polska może na chwilę zatrzymać się i uporządkować tę debatę. Zastanowić się, gdzie obecny system podatkowy dla firm generuje nadmierne koszty, dlaczego CIT stał się podatkiem sporu, jakie są doświadczenia z wcześniejszych prób uproszczeń i jaka forma podatku przychodowego mogłaby być w Polsce w ogóle rozważana. Punktem wyjścia nie jest fiskalna łatka, lecz pytanie o warunki brzegowe dobrego systemu: prostotę, przewidywalność, odporność na optymalizację i neutralność wobec inwestycji. Jeśli państwo naprawdę chce deregulować gospodarkę, nie może jednocześnie budować systemu, w którym przedsiębiorca coraz więcej czasu poświęca na obsługę podatku, a coraz mniej na rozwój firmy. Prostsza baza opodatkowania nie rozwiąże wszystkich problemów, ale może być początkiem bardziej uczciwej rozmowy o równych regułach konkurencji.
Opinie publikowane w „Rzeczpospolitej” są elementem debaty publicznej i niekoniecznie odzwierciedlają poglądy redakcji.