Ile w białoruskiej gospodarce jest kapitalizmu, a ile socjalizmu?
To jest przedziwna hybryda, która charakteryzuje Białoruś od początku rządów Aleksandra Łukaszenki. Co do zasady gospodarka jest socjalistyczna, natomiast mniej więcej od 2010 r. białoruska władza próbuje do niej dodawać elementy nowoczesności.
Wymusza to na nich postęp technologiczny, bo w Mińsku zdają sobie sprawę, że nie są w stanie w każdym sektorze gospodarki utrzymać pełnej kontroli. Przykładem jest sektor IT, który jest forpocztą Zachodu i który w sowieckim standardzie zarządzania wyglądałby komicznie.
To część gospodarki, która działa na zasadach zbliżonych do wolnego rynku?
To wręcz jest wolny rynek, w 100 proc. oparty na własności prywatnej. Urzędnicy wiedzą, że nie są w stanie tym sektorem sterować lepiej, niż robi to rynek rękami specjalistów – białoruskich i zagranicznych. Takie było założenie od samego początku, by branżę technologiczną oddać w ręce programistów, których nota bene Białoruś ma całkiem niezłych. W 2018 r. wszedł w życie dekret Łukaszenki o sektorze cyfrowym, który dał im olbrzymią, jak na lokalne warunki, swobodę działania. Zaimportowano dużo elementów regulacyjnych z Wielkiej Brytanii, stworzono na obrzeżach Mińska swoistą „Dolinę Krzemową”, czyli Park Wysokich Technologii. Inwestorzy, krajowi i zagraniczni, mogą liczyć na wiele ulg podatkowych i inwestycyjnych, które bywają wręcz atrakcyjniejsze niż w krajach UE.
Czytaj więcej
Aleksander Łukaszenko stłumił rewolucję, wyrzucił z kraju przeciwników i nauczył się zarabiać na wojnie Rosji z Ukrainą. Nie zamierza oddawać władz...
I faktycznie ten sektor gospodarki się prężnie rozwija?
To był gospodarczy sukces władzy w Mińsku. W latach 2019-2021, czyli w okresie największej prosperity, IT wytwarzało ok. 5 proc. białoruskiego PKB. Cel takiego niestandardowego podejścia jest jasny – sektor IT ma zarabiać pieniądze, zapewniać dewizy i pokazywać nowoczesność lokalnej gospodarki. To taka wyspa wolności, światełko kapitalizmu w czerni nieefektywnej, socjalistycznej reszcie gospodarki. Obecnie potencjał sektora jest częściowo ograniczony, Białoruś na skutek swojego współudziału w rosyjskiej agresji wobec Ukrainy stała bowiem zbyt „toksyczna” dla zachodnich inwestorów i partnerów białoruskich programistów.
Pozostała część ugrzęzła w socjalizmie?
Przede wszystkim sektor przemysłowy, głównie przemysł ciężki, który jest oczkiem w głowie Łukaszenki. Dla niego to gospodarczy paradygmat i narracja numer jeden wobec narodu: „nie sprzedamy i nie oddamy tego, co nasze”. W białoruskiej publicystyce ekonomicznej używa się sformułowania „srebra rodowe” i z dumą opowiada o własnym przemyśle ciężkim. Siłą napędową jest sektor petrochemiczny z zakładami w Nowopołocku i Mozyrze, metalurgiczny z zakładami w Żłobinie oraz chemiczny z fabryką nawozów potasowych w Soligorsku. Dumą Łukaszenki jest także branża maszynowa – traktory, kombajny, samochody, autobusy. To wszystko Białoruś produkuje własnymi rękami, choć w dużej mierze dzięki surowcom i komponentom z Rosji. Wreszcie przemysł zbrojeniowy – to również wycinek produkcji całkowicie kontrolowanej przez państwo.
A przemysł lekki i usługi?
W przemyśle spożywczym czy włókienniczym pojawiają się pewne ustępstwa i część zakładów jest w rękach prywatnych. Występuje także zjawisko oligarchizacji gospodarki – Aleksander Łukaszenko oddaje część biznesu w ręce zaufanych mu ludzi, choć ci oligarchowie, w porównaniu do ukraińskich czy rosyjskich, to waga piórkowa. Pojawiają się też hybrydy własnościowe zbliżone do znanej nam formuły PPP, czyli partnerstwa publiczno-prywatnego.
Czytaj więcej
Sytuacja jest bezprecedensowa, jak na panujące od ponad pięciu lat w kraju Aleksandra Łukaszenki warunki. Ale to jeszcze nie czas na wyciąganie zby...
Jedna czwarta białoruskiego eksportu to produkty spożywcze. Zarabia państwo czy prywatni producenci?
Rolnicy nie posiadają ziemi na własność, ziemia rolna nie jest sprzedawana, tylko dzierżawiona. Zdecydowana większość produkcji pochodzi z dawnych sowchozów czy kołchozów, które teraz nazywają się inaczej, bo przeszły swoisty rebranding – na Białorusi mówi się już o spółdzielniach czy wręcz spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością, ale nadal kontrolowanych przez państwo. Rolnicy indywidualni stanowią kilka procent produkcji rolnej i produkują głównie dla siebie lub na rynek wewnętrzny. Co do zasady więc rolnictwo jest w pełni kontrolowane i zarządzane przez państwo.
Na ile dane makroekonomiczne o procesach gospodarczych, przekazywane przez władze Białorusi, oddają rzeczywistość?
Analizując te oficjalne wskaźniki, powinniśmy zachować jak najdalej idącą ostrożność. Co więcej – myślę, że białoruskie władze same nie są w stanie same pomierzyć rzeczywistej sytuacji swojej gospodarki. Prowadząc dla Ośrodka Studiów Wschodnich badania sektora rolnego dwa lata temu, zauważyłem pewną prawidłowość dotyczącą obiegu informacji. Dane są wypaczane u samego źródła. Kierownicy sowchozów czy kołchozów doskonale wiedzą, że w procesie produkcyjnym występują niedostatki, bo brakuje ludzi, sprzętu i wiedzy. Mówiąc krótko – rolnictwo jest nieefektywne i oni mają tego świadomość. Oczywiście nie mogą tego ujawniać, więc już na pierwszym etapie raportowania niektóre dane i liczby podkręcają. Sprawozdanie, zanim trafi do Mińska, przechodzi jeszcze przez kilka szczebli, na których – jak się domyślam – kolejne osoby dodają „coś od siebie”. Więc dane, które trafiają na biurko do Łukaszenki, niewiele mają wspólnego ze stanem faktycznym. To przykład z rolnictwa, ale podobnie musi to wyglądać w pozostałych sektorach.
Łukaszenko jest tego świadomy?
Myślę, że tak, ale przymyka na to oko. Wie, że musiałby zreformować cały system, postawić go od nowa, a to jest niewykonalne. Zresztą on bardzo lubi „wyłapywać” oszustwa i niedociągnięcia w podległych państwu zakładach. Jedzie wtedy z wizytą gospodarską i przed kamerami państwowych mediów urządza połajanki dla kierownictwa zakładów, dając im lekcje, jak powinni prowadzić produkcję.
Oficjalne dane pokazują, że stopa bezrobocia utrzymuje się na poziomie poniżej 3 proc. Typowa rzecz dla krajów socjalistycznych. Jak wygląda rynek pracy na Białorusi?
Realne bezrobocie jest na pewno wyższe, ale wiele osób nie rejestruje się w urzędach. Zasiłki są dramatycznie niskie – mówimy tu o kilku dolarach miesięcznie. Do tego zarejestrowanym grożą prace społeczne, by odpracować te „kokosy”. Obywatele nie mają więc powodu, by się zgłaszać, z kolei urzędnikom nie zależy, by ich wyłapywać, bo nie chcą straszyć Łukaszenki. Ponadto część osób pracuje na czarno. Władze próbują sobie radzić z tymi niepracującymi i wprowadziły podatek dla niepracujących, co dodatkowo zniechęca do zgłaszania się do urzędów pracy.
Średnia pensja wynosi równowartość ok. 1000 dol., a średnia emerytura ok. 360 dol.
To są oczywiście wartości uśrednione, uwzględniające dużo wyższe apanaże w Mińsku. Na białoruskiej ścianie wschodniej, w obwodzie mohylewskim czy witebskim, takie dochody są rzadkością, średnia byłaby o ok. 20 proc. niższa. Gros ludzi pracuje w najsłabiej opłacanych zawodach w sektorze budżetowym: edukacji, kulturze czy opiece zdrowotnej. Oni o wynagrodzeniu na poziomie 1000 dol. mogą tylko pomarzyć.
Ceny są znacznie niższe niż w Polsce?
Koszty życia są oczywiście niższe niż w Polsce, ale nie na tyle, żeby mieszkańcy Białorusi byli w stanie utrzymywać podobny poziom życia jak Polacy. Znacznie niższe są ceny mieszkań, szczególnie w miastach obwodowych. W dużych miastach, poza Mińskiem, można kupić przyzwoite mieszkania w cenie ok. 1000 dol. za mkw. Natomiast podstawowe produkty użytku codziennego, jak żywność, odzież, leki, chemia gospodarcza są niewiele tańsze niż w Polsce i te wydatki są dla portfeli większości Białorusinów bolesne.
Ceny są odgórnie sterowane przez bank centralny lub ośrodki władzy czy działa rynkowe prawo popytu i podaży?
W poprzednich latach pojawiały się zakusy, żeby na pewną grupę podstawowych towarów spożywczych – czasem na liście było ich kilkadziesiąt, czasem kilkaset – nałożyć ceny regulowane. To miał być ukłon w stronę emerytów i obywateli z najniższymi zarobkami. Chodziło o zwiększenie dostępności mleka, chleba, mięsa, kaszy czy ziemniaków. Jednocześnie miało to pobudzić popyt na krajową żywność, by minimalizować import, głównie z Rosji. Tu warto podkreślić, że wbrew powszechnemu rozumieniu Białoruś wcale nie jest otwarta na rosyjskie produkty. Władze Białorusi traktują je jak konkurencję dla produkcji krajowej i na ile mogą, starają się je ograniczać.
I dziś te ceny regulowane obowiązują?
Teraz już w bardzo ograniczonym zakresie, eksperyment się bowiem nie udał. Więc pod tym względem jest dla cen większości towarów wolny rynek. Aczkolwiek kierunek zmian w gospodarce jest jeden i być może ten model dystrybucji towarów wróci. Wszystko przed nami, a raczej przed Białorusinami.
Czytaj więcej
Gdybym nie wierzył i nie wiedział, że samobójstwo jest strasznym grzechem, gdyby nie czekała na mnie moja rodzina, mógłbym targnąć się na swoje życ...
Prezydent ma wpływ na kierunek działań banku centralnego?
Łukaszenko lubi się wymądrzać na każdy temat, ale jeśli chodzi o tematy bankowe, to raczej tylko wyznacza ogólny kierunek: „zróbcie tak, żeby było dobrze”. Obowiązuje dyscyplina finansów publicznych i ma być utrzymywany wysoki poziom rezerw walutowych. I to się Białorusi faktycznie udaje – mają duży udział złota, którego wartość rośnie samoistnie wraz ze wzrostem cen kruszcu na światowych giełdach. Dzięki temu Łukaszenko nie musi zaciągać kolejnych kredytów i szukać dodatkowego finansowania w Rosji, choć to właśnie wobec tego kraju Białoruś ma wciąż największe zobowiązania kredytowe.
Skoro już zahaczamy o tematy polityczne – na ile gospodarka Białorusi jest uzależniona od wielkiego brata zza swojej wschodniej granicy?
Ta zależność jest olbrzymia. Wystarczy spojrzeć na strukturę handlu zagranicznego Białorusi: 90 proc. eksportu przypada na Rosję, z czego 20 proc. idzie przez Rosję tranzytem, a 70 proc. trafia do tamtejszych konsumentów. Z uwagi na sankcje unijne Białoruś straciła dostęp do portu w Kłajpedzie i Rosja stała się dla niej jedynym kanałem eksportu na świat. Korzystają na tym rosyjskie koleje, które przewożą kontenery do Chin lub do swoich portów, skąd potem białoruski towar idzie do Brazylii, Indii czy Afryki. To pokazuje, że jakiekolwiek oziębienie w stosunkach Mińska z Moskwą byłoby dla Białorusi śmiercionośne. Także załamanie rosyjskiej gospodarki, z uwagi na brak dywersyfikacji kierunkowej eksportu, byłoby niezmiernie bolesne.
Plus import energii z Rosji.
Tak, obecnie 100 proc. gazu i ropy, która jest na Białorusi, pochodzi z Rosji. Białoruś ma bardzo ograniczone złoża ropy, a co do gazu to nawet nie zidentyfikowano możliwości opłacalnego wydobycia. Zatem oba surowce muszą być importowane.
Rosja przejmuje też białoruskie firmy i przemysł?
Mińsk nie sprzedaje Rosji udziałów w kluczowych zakładach przemysłu ciężkiego. Tu obowiązuje zasada parasola i to, co jest białoruskie, ma być białoruskie. Funkcjonują pewne rosyjskie przedstawicielstwa jako inwestycje typu greenfield, ale ich wejście na Białoruś zawsze było mocno obwarowane regulacjami i to na każdym szczeblu administracyjnym. Swoje przepisy i wymogi ma władza centralna w Mińsku, ale też władze obwodowe, czyli odpowiednik naszych województw, czy rejonowe, czyli odpowiednik naszych powiatów. Nakazują one inwestorowi np. wsparcie inwestycji publicznych, takich jak remont szkoły czy budowa drogi. Na podobnych zasadach działają na Białorusi inwestorzy z innych krajów, które Łukaszenko uznaje za przyjazne. To przede wszystkim Chińczycy, ale też Turcy, Hindusi czy inwestorzy z Azji Środkowej. Oni mogą liczyć na przyjazne przyjęcie oraz zgodę Mińska na wyprowadzanie zysku do siebie.
A inwestorzy z krajów zachodnich, w tym z Polski, są obecni w białoruskim krajobrazie gospodarczym?
Jest ich coraz mniej i to są jedynie pozostałości inwestycji sprzed 2020 r., czyli roku, gdy po wyborach doszło na Białorusi do pospolitego ruszenia obywateli, a władza Łukaszenki mocno się zachwiała, a następnie Mińsk zerwał dialog z Zachodem. Inwestowanie przez kapitał z krajów, które Mińsk klasyfikuje jako nieprzyjazne, czyli kraje UE, w tym Polska, USA, Wielka Brytania, po 2020 r. stało się w zasadzie niemożliwe. Dość powiedzieć, że wyprowadzenie zysku z Białorusi przez tych inwestorów wymaga każdorazowej zgody Mińska. A że stawiane przez Mińsk warunki są skrajnie niekorzystne, czasami wręcz rabunkowe, to wiele zachodnich firm po prostu porzuca swoje interesy na Białorusi i wycofuje się bez ani jednego euro. Trudno w takich okolicznościach oczekiwać, że na horyzoncie pojawią się nowi chętni na prowadzenie tam biznesu.