Głośny konflikt Rafała Brzoski z Metą o wykorzystywanie jego wizerunku przez oszustów na Facebooku nie słabnie. Polski przedsiębiorca nie jest wyjątkiem. Podobną walkę od lat prowadzi m.in. australijski miliarder Andrew Forrest, którego wizerunek wykorzystywano w reklamach fałszywych inwestycji.

Spór Brzoski z Metą przypomina rozmowę głuchego z niemym. Szef InPostu oskarża koncern o czerpanie korzyści z reklam wykorzystywanych przez oszustów i zarzuca mu niewystarczające działania. Meta odpowiada, że intensywnie walczy z procederem i przedstawia statystyki pokazujące, że zdecydowana większość wykrywanych oszukańczych reklam jest blokowana.

Czytaj więcej

„Meta tchórzy! Trudno o większy wyraz pogardy”. Rafał Brzoska oburzony decyzją giganta

Nie oznacza to, że pytania pod adresem Mety o jej starania są nieuzasadnione. Można tu mieć bowiem spore wątpliwości. Trudno też zrozumieć decyzję przedstawicieli koncernu o nieobecności na posiedzeniu sejmowej komisji, gdzie mogliby publicznie przedstawić swoje argumenty. W USA szefowie największych firm technologicznych regularnie stają przed komisjami Kongresu i odpowiadają na trudne pytania.

Big tech nie może umywać rąk

Jeszcze nie tak dawno platformy cyfrowe broniły się przed odpowiedzialnością, przedstawiając siebie tylko jako pośredników. Dziś taki argument jest coraz trudniejszy do utrzymania. Platformy nie tylko przechowują treści, ale za pomocą algorytmów decydują o ich dystrybucji, a w przypadku reklam pobierają pieniądze za dotarcie do precyzyjnie wybranych odbiorców.

Na przykładzie Mety widać pewien postęp: jej platformy inwestują w bezpieczeństwo i systemy automatycznie wykrywające nadużycia. Czy robią jednak wystarczająco dużo? Gdzie przebiega granica ich odpowiedzialności? Właśnie w tę stronę zmierza najnowsze orzeczenie niemieckiego sądu, który uznał, że Meta może odpowiadać za fałszywe reklamy zamieszczane przez osoby trzecie, jeśli bezprawnie wykorzystują one cudzy wizerunek lub markę.

Prawo w pogoni za technologią

Scam na Facebooku czy Instagramie jest tylko jednym z przykładów rosnącej różnicy między tempem rozwoju technologii a zdolnością firm i państw do zabezpieczenia się przed jej nadużyciami. Media społecznościowe osiągnęły globalną skalę, zanim powstały regulacje odpowiadające na część wywołanych przez nie nowych ryzyk, m.in. zagrożenia dla dzieci. Kryptowaluty rozwinęły globalny rynek, zanim regulatorzy stworzyli ramy ochrony klientów. Upowszechnienie dronów wymusiło tworzenie nowych zasad korzystania z przestrzeni powietrznej.

Teraz podobny proces zachodzi w przypadku sztucznej inteligencji. UE przyjęła AI Act, a Digital Services Act nakłada na największe platformy obowiązek ograniczania ryzyk systemowych. Problem w tym, że proces legislacyjny trwa lata, podczas gdy technologiczny – miesiące. Kiedy przepisy obejmują jedno zastosowanie technologii, pojawiają się kolejne.

Generatywna AI jeszcze zwiększyła tę różnicę. Nie stworzyła oszustw, ale obniżyła ich koszt i pozwoliła działać na masową skalę. Potrafi tworzyć tekst, obraz, podrobić głos czy przygotować realistyczny film. Narzędzia zwiększające produktywność legalnych firm zwiększają więc również możliwości przestępców.

Kolejnym wyzwaniem są autonomiczni agenci AI, którzy mogą wykonywać wieloetapowe zadania i samodzielnie podejmować część decyzji. Obawy o bezpieczeństwo zgłaszają już sami liderzy branży, apelując o więcej czasu na rozwój zabezpieczeń.

Prawo zapewne nadal będzie gonić technologię. Nie może to jednak być alibi dla firm, które na niej zarabiają. Im większe są możliwości i skala ich usług, tym więcej trzeba od nich wymagać w kwestii bezpieczeństwa.