Wyodrębnienie ugrupowania Mateusza Morawieckiego – na razie w formie stowarzyszenia Rozwój Plus, ale już z zapowiedzią powołania partii w trzecią rocznicę ostatnich wyborów, 15 października – wywołało krytyczne komentarze dotyczące dokonań jego rządu w polityce zagranicznej. Jak to zwykle bywa w takich wypadkach, jedne są bardziej uzasadnione, inne mniej. Ustosunkowując się do tej krytyki, skupię się na okresie 2018–2020, a więc na czasie, kiedy pełniłem funkcję ministra spraw zagranicznych.

Polityka rządów Mateusza Morawieckiego jako ciąg ustępstw to słaby argument

Głosy te płyną zarówno z prawej, jak i z lewej strony sceny politycznej, a także ze środowisk naukowych. Za punkt odniesienia niech posłużą dwa teksty reprezentatywne dla tych nurtów krytyki: wyrazisty artykuł publicystyczny byłego ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego w portalu wPolityce pt. „Polityka ustępstw wobec Brukseli była błędem” oraz artykuł naukowy o wyraźnym zabarwieniu ideologicznym Daniela F. Wajnera i Anny Wojciuk, „Populism and security policy-making: The case of Poland’s Law and Justice (PiS) government, 2015–23”, opublikowany w European Journal of International Security.

Waszczykowski, który był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Beaty Szydło, został odwołany w styczniu 2018 r. W swoim tekście przedstawia siebie i gabinet Beaty Szydło jako stronę prowadzącą wobec Brukseli politykę „twardą” i skuteczną. Podkreśla, że stanowczo odrzucał próby rozszerzania kompetencji Komisji Europejskiej poza obszary traktatowe. W szczególności – jak pisze – w lutym 2016 r., podczas konferencji w Monachium, miał stanowczo odpowiedzieć Fransowi Timmermansowi, że nie będzie on Polsce interpretował jej konstytucji.

Politykę okresu rządów Mateusza Morawieckiego opisuje natomiast jako ciąg ustępstw, które miały doprowadzić do mechanizmu warunkowości, kamieni milowych i wstrzymania środków z KPO. Twierdzi też, że ze względu na sukcesy rządu Beaty Szydło – zarówno w polityce społecznej, jak i międzynarodowej: obecność NATO w Polsce, wizytę Donalda Trumpa czy pielgrzymkę papieża Franciszka – Morawiecki nie mógł go otwarcie kontestować. Ten argument jest jednak słaby: skoro Morawiecki był w tym rządzie ministrem rozwoju, a później także ministrem finansów, trudno oczekiwać, by publicznie dystansował się od gabinetu, którego sam był ważną częścią.

Czytaj więcej

Jacek Czaputowicz: Skutki zakończenia eksperymentu

Zaproszenie Komisji Weneckiej przyczyniło się do umiędzynarodowienia polskiego sporu konstytucyjnego

Tekst Waszczykowskiego buduje obraz konsekwentnej, twardej polityki wobec Brukseli i wskazuje następców jako odpowiedzialnych za późniejsze koszty sporu z Unią. Warto go czytać jako głos w dzisiejszej debacie o interpretację polityki Zjednoczonej Prawicy, w której stawką jest nie tylko ocena Mateusza Morawieckiego, lecz także rozłożenie odpowiedzialności za polityczne skutki tego konfliktu.

O tym, że ta narracja nie do końca odpowiada prawdzie, świadczy zarówno zwrócenie się przez Waszczykowskiego do Komisji Weneckiej o opinię w sprawie sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego, jak i późniejsze uruchomienie przez Komisję Europejską procedury z art. 7 wobec Polski. Zaproszenie Komisji Weneckiej przyczyniło się do umiędzynarodowienia sporu konstytucyjnego, stworzyło zewnętrzny punkt odniesienia dla oceny polskich reform i dostarczyło przeciwnikom rządu argumentów wykorzystywanych w instytucjach europejskich.

W tym świetle twardość w polityce europejskiej nie może być mierzona temperaturą wypowiedzi na konferencjach międzynarodowych, lecz zdolnością do ograniczenia kosztów konfliktu i utrzymania pola manewru państwa. Jeśli wcześniejsza twardość nie zapobiegła umiędzynarodowieniu sporu i uruchomieniu procedury art. 7, trudno przedstawiać ją dziś jako wzorzec skuteczności. Tym bardziej że Waszczykowski uznaje dziś samo podjęcie rozmów z Komisją w sprawie praworządności za przyznanie Brukseli prawa do ingerencji w polski wymiar sprawiedliwości, choć za jego kadencji konflikt został już wpisany w procedurę traktatową.

Uruchomienie art. 7 nie było epizodem proceduralnym, lecz momentem, który zmienił warunki działania Polski wobec instytucji europejskich. Obejmując funkcję ministra spraw zagranicznych w rządzie Mateusza Morawieckiego, nie zaczynałem od czystej karty: spór był już opisany przez Komisję Wenecką, podjęty przez Komisję Europejską i wpisany w procedurę traktatową. Można było ograniczać jego koszty i blokować przejście do etapu sankcyjnego – i to się udało – ale nie można było udawać, że punkt startu był taki sam jak w 2015 r. Dlatego późniejszych sporów o mechanizm warunkowości i KPO nie da się sprowadzić do rzekomej „białej flagi” wobec Brukseli.

Czytaj więcej

Jacek Czaputowicz: Jak Polska blefuje, czyli podsumowanie 2024 roku w polityce zagranicznej

Witold Waszczykowski przedstawia więc tę historię selektywnie

Waszczykowski powtarza także tezę, że kandydatura Mateusza Morawieckiego na premiera miała zniechęcić Krzysztofa Szczerskiego do objęcia funkcji ministra spraw zagranicznych, ponieważ nie dawała mu wystarczającej autonomii w polityce europejskiej. W tej narracji moje powołanie pojawia się jako rozwiązanie zastępcze i zostaje powiązane z zarzutem prowadzenia wobec Brukseli polityki „białej flagi”. Nie sądzę, aby taka interpretacja trafnie oddawała przebieg tego procesu, zwłaszcza motywacje Krzysztofa Szczerskiego. Nie wiadomo też, na czym konkretnie miała polegać moja rzekoma „polityka białej flagi” wobec Brukseli.

Nie osiągnięto porozumienia, ale twarde stanowisko rządu i działania polskiej dyplomacji sprawiły, że procedura z art. 7 nie doszła do etapu sankcyjnego. Komisja Europejska przeniosła część sporu na drogę sądową, zaskarżając Polskę do TSUE w sprawie obniżenia wieku przejścia w stan spoczynku sędziów Sądu Najwyższego; Polska przegrała sprawę i wykonała orzeczenie. W praktyce art. 7 został więc politycznie zablokowany, choć formalnie zamknięto go dopiero za rządu Donalda Tuska. Mechanizm warunkowości, o którym pisze Waszczykowski, został natomiast wprowadzony w grudniu 2020 r., już po moim odejściu z funkcji ministra, i należał do późniejszego etapu polityki europejskiej. Trudno więc przedstawiać go jako prostą kontynuację mojej polityki.

Waszczykowski przedstawia więc tę historię selektywnie: rozlicza następców z kosztów konfliktu, którego istotne elementy powstały już za jego kadencji. Jego tekst nie tyle wyjaśnia źródła kryzysu, ile akcentuje odpowiedzialność późniejszych rządów za jego skutki.

Czytaj więcej

Witold Waszczykowski: Szczytu UE w Warszawie nie będzie. A co ze szczytem UE-USA i UE-USA-Ukraina?

Strategiczne postrzeganie zagrożenia ze strony Rosji nie może być tłumaczone populizmem

Inny charakter ma artykuł Daniela F. Wajnera i Anny Wojciuk, który przedstawia politykę bezpieczeństwa rządów PiS w latach 2015–2023 jako populistyczną. Populizm definiowany jest tam jako sposób uprawiania polityki oparty na moralnym przeciwstawieniu „ludu” i „elit”, co w polityce bezpieczeństwa ma prowadzić do nieufności wobec instytucji międzynarodowych, eksponowania suwerenności, polaryzacji wewnętrznej oraz przedstawiania decyzji strategicznych jako elementu walki z przeciwnikami narodu. Tyle że wiele działań przypisywanych przez autorów populizmowi można równie dobrze – a często trafniej – wyjaśnić interesem państwa, doświadczeniem historycznym i położeniem geopolitycznym Polski. Problem polega jednak na tym, że tak szeroko rozumiany populizm łatwo przestaje być kategorią analityczną, a staje się etykietą nakładaną na decyzje, których autorzy nie podzielają.

Najlepiej widać to na przykładzie Rosji. W wielu analizach europejskiej prawicy uznawanej za populistyczną za jej typową cechę uznawano prorosyjskość lub pobłażliwość wobec Władimira Putina, wskazując na Marine Le Pen, AfD, Viktora Orbána, Matteo Salviniego czy Roberta Ficę. W przypadku Polski problem wygląda inaczej: autorzy nie zawsze dostatecznie odróżniają tradycyjny antyrosyjski konsensus bezpieczeństwa od populistycznego sposobu jego artykulacji. Krytyka Rosji była w tym wypadku elementem szerszego polskiego doświadczenia historycznego i strategicznego. Sporne nie jest to, czy język PiS bywał ostry, lecz to, czy strategiczna ocena zagrożenia ze strony Rosji może być wyjaśniana przede wszystkim przez kategorię populizmu. Moim zdaniem nie może.

Podobny problem widać w opisie relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Autorzy zauważają, że PiS nie przyjął retoryki antyamerykańskiej ani nie wyrażał sympatii wobec Rosji czy Chin. To prawda, Polska i USA konsekwentnie sprzeciwiały się agresywnej polityce Rosji, wspierały suwerenność Ukrainy – czego przykładem była deklaracja Pompeo z lipca 2018 r. o nieuznaniu aneksji Krymu, z którą Polska skoordynowała własne stanowisko – oraz krytykowały Nord Stream 2. To, że po 2022 r. wielu partnerów przyjęło polską ocenę zagrożenia, wskazuje raczej na trafność wcześniejszej diagnozy niż na jej populistyczny charakter.

Czytaj więcej

Witold Waszczykowski: Ambasador to nie stróż w magazynie

Różnice między Polską a największymi krajami UE nie wynikały ze spraw ideologicznych

Autorzy piszą, że PiS priorytetowo traktował zbliżenie z innymi prawicowymi populistami, wymieniając Donalda Trumpa i Viktora Orbána, a jednocześnie przedstawiał Niemcy, Francję i Unię Europejską jako przeciwników normatywnych i politycznych. Takie wyjaśnienie przecenia jednak rolę podziałów ideologicznych i nie docenia interesów narodowych i uwarunkowań międzynarodowych. Chodziło o relacje z najważniejszym sojusznikiem Polski – niezależnie od tego, czy w Waszyngtonie rządził Barack Obama, Donald Trump czy Joe Biden. Również różnice z Niemcami, Francją i instytucjami UE wynikały przede wszystkim z konkretnych sporów strategicznych – Nord Stream 2, współpracy części państw Europy Zachodniej z Rosją oraz napięć w relacjach transatlantyckich – a nie z samego przeciwstawienia ideologicznego.

Z konstrukcji artykułu wynika ryzyko włączenia polityki lat 2018–2020 do jednego schematu, choć praktyka tego okresu była bardziej złożona. Autorzy widzą ją zasadniczo jako kontynuację wcześniejszego kursu, przez co uznają ją za mniej populistyczną, niż mogłoby się wydawać. Była to jednak zmiana – nie w stronę większego populizmu, lecz odejścia od polityki ograniczonego zaangażowania.

W okresie poprzedzającym rządy PiS politykę bezpieczeństwa wyrażała doktryna Komorowskiego: koncentracja na obronie terytorium, ograniczenie zaangażowania w odległych regionach świata i całkowite wycofanie Polski z operacji pokojowych ONZ. Krytycy widzieli w niej ryzyko osłabienia pozycji państwa, prowincjonalizm i skłonność do myślenia o Polsce jako „samotnej twierdzy”.

W latach 2018–2020 Polska działała odmiennie: organizowała konferencję bliskowschodnią, powołała Proces Warszawski i Trójkąt Lubelski, wykorzystywała NATO, ONZ, OBWE, formaty regionalne i koalicje ad hoc, a jako członek Rady Bezpieczeństwa ONZ podnosiła sprawę Ukrainy, broniła prawa międzynarodowego i wolności religii oraz wróciła do misji UNIFIL. Jeśli populizm w polityce bezpieczeństwa miałby oznaczać nieufność wobec instytucji, zamykanie się we własnej twierdzy i ograniczanie odpowiedzialności międzynarodowej, łatwiej dostrzec te cechy we wcześniejszej polityce ograniczonego zaangażowania niż w aktywności lat 2018–2020.

MSZ nie było marginalizowane. Decyzje strategiczne nie były dyktowane przez partię

Autorzy opisują MSZ jako instytucję ograniczoną do roli wykonawcy cudzych decyzji, ale taki obraz nie odpowiada rzeczywistości. Dyplomacja nie wykonywała decyzji zapadających gdzie indziej, lecz tworzyła warunki, w których decyzje strategiczne – zwłaszcza dotyczące obecności amerykańskiej w Polsce – stawały się możliwe. Minister działał w ramach rządu i we współpracy z prezydentem, a ta koordynacja była źródłem skuteczności. Realizacja celów bezpieczeństwa wymagała przekonania administracji USA oraz sojuszników europejskich obawiających się reakcji Rosji i naruszenia równowagi w NATO. Także konferencja bliskowschodnia i Proces Warszawski pokazywały, że Polska jest gotowa współpracować z USA również poza własnym regionem.

Autorzy przywołują moją wypowiedź, że „większość formatów wielostronnych była lekceważona lub ignorowana przez liderów PiS”, interpretując ją jako dowód marginalnej roli MSZ. To nieporozumienie. Nie każdy polityk musi rozumieć, co można osiągnąć przez formaty wielostronne; od tego jest dyplomacja, by używać dostępnych instrumentów do realizacji interesów państwa. Aktywność Polski w Radzie Bezpieczeństwa ONZ czy uzyskanie przewodnictwa w OBWE nie były – jak twierdzą autorzy – peryferyjne ani pozbawione strategicznych wskazówek. Na podstawie art. 149 ust. 1 Konstytucji minister kieruje określonym działem administracji rządowej; w tym przypadku były to sprawy zagraniczne. Gdyby strategiczne wskazówki miało wydawać nieformalne ciało partyjne, byłaby to raczej cecha polityki populistycznej, a nie dowód jej braku.

Czytaj więcej

Sondaż: Kto był najlepszym szefem MSZ ostatniej dekady? Wyraźny zwycięzca

Polityka bezpieczeństwa w latach 2018-2020 była dyktowana przez interes państwa i zwiększenie pola manewru Polski

Polityki bezpieczeństwa i zagranicznej PiS w latach 2015–2023 nie da się opisać jednym kluczem, bo między poszczególnymi etapami występowały istotne różnice. Artykuł trafnie dokumentuje zmianę stylu komunikacji politycznej, ale nie dowodzi, że styl ten był rzeczywistą przyczyną decyzji strategicznych. Metodologia oparta w dużej mierze na anonimowych wywiadach i uzupełniona dokumentami oficjalnymi oraz źródłami wtórnymi może dobrze uchwycić percepcje elit, ale słabiej wyjaśnia mechanizm konkretnych decyzji, jeśli nie towarzyszy jej pełna rekonstrukcja procesu decyzyjnego. Należałoby także prześledzić, kto, kiedy i na podstawie jakich przesłanek doprowadzał do konkretnych rozstrzygnięć.

Oba artykuły, choć mają zupełnie inny charakter i zostały napisane z odmiennych pozycji politycznych, nie przyczyniają się do lepszego zrozumienia polityki bezpieczeństwa Polski. W latach 2018–2020 nie była to polityka uległości ani „białej flagi”, jak twierdzi Waszczykowski. Nie była to również polityka, którą da się wyjaśnić przede wszystkim przez kategorię populizmu, jak sugerują Wajner i Wojciuk. Spór nie dotyczy tego, czy w polityce PiS występowała ostra retoryka, lecz tego, czy wyjaśniała ona zasadniczy kierunek polityki bezpieczeństwa. Nie ona była czynnikiem decydującym. Decydujące były interes państwa, praca dyplomatyczna i dążenie do zwiększenia pola manewru Polski. Istotą tej polityki było łączenie transatlantyckiego zakotwiczenia bezpieczeństwa z aktywnym używaniem instytucji międzynarodowych do wzmacniania pozycji Polski.

Spór o interpretację lat 2018–2020 ma znaczenie nie tylko historyczne, lecz także praktyczne, bo wpływa na dzisiejsze rozumienie ambicji polskiej polityki zagranicznej. Widoczne dziś ograniczenie aktywności międzynarodowej Polski wynika także z niezrozumienia, dlaczego w omawianych latach udało się wzmocnić jej znaczenie. Dzisiejszy kurs przypomina raczej logikę doktryny Komorowskiego: niższych ambicji, mniejszej inicjatywy, słabszej widoczności i większej gotowości do wpisywania się w cudze agendy. Jeśli chcemy to zmienić, warto wrócić do doświadczeń lat 2018–2020: aktywnej dyplomacji, szerszego zaangażowania międzynarodowego i konsekwentnego poszerzania pola manewru Polski.