Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego nowoczesny sprzęt wojskowy, który zobaczyliśmy na defiladzie, nie jest jedynym wyznacznikiem realnej siły polskiej armii.
  • Jakie fundamentalne problemy trapią system szkolenia rezerw, kluczowy dla obronności państwa.
  • Dlaczego sprawny System Kierowania i Dowodzenia od dekady pozostaje kluczowym wyzwaniem dla wojska.
  • Na jakie ryzyka narażone jest zaplecze przemysłowe i logistyczne na wypadek konfliktu zbrojnego.

W sobotę w Warszawie możemy podziwiać defiladę wojskową z okazji Święta Wojska Polskiego, a w Gdyni paradę okrętów na morzu. Już pal sześć, że koalicja rządowa próbuje skleić te uroczystości z pożyczkami z unijnego Instrumentu SAFE i w ten sposób przypominać wyborcom o wecie prezydenta Karola Nawrockiego. To zwyczajna, nieco niesmaczna, polityka.

Czytaj więcej

Trwa defilada wojskowa w Warszawie. Nawrocki: Duch tego narodu zna cenę wolności i wojen

Bardziej istotne jest to, by nie dać się zwieść pozorom. Defilada pokazuje nam, że jeśli chodzi o dostawy uzbrojenia, w ostatnich latach zrobiliśmy olbrzymi skok do przodu. Do końca roku będziemy mieli 250 czołgów Abrams M1A2, ok. 200 południowokoreańskich K2, już teraz mamy dwie baterie systemu Patriot, a kolejnych sześć powinno do nas trafić do końca 2029 r., trwają dostawy samolotów F-35 – wymieniać można długo. Niezaprzeczalne jest to, że mimo hojnych donacji na Ukrainę, armia jest dziś wyposażona lepiej niż jeszcze 5 lat temu, a za 5 lat będzie już naprawdę nieźle. I to widać na defiladzie. Z tego się cieszmy.

Rezerwy pilnie potrzebne

Na warszawskiej Wisłostradzie nie widać jednak problemów, które Wojsko Polskie wciąż musi pilnie rozwiązać. Ich lista jest długa, oto trzy kluczowe.

Po pierwsze, wciąż nie mamy rozwiązanego obszaru szkolenia rezerw. Od zawieszenia poboru ponad 15 lat temu, przestaliśmy na poważnie szkolić rezerwy. Były nawet takie lata, gdy nie przeszkoliliśmy dosłownie nikogo. Teraz w Sztabie Generalnym pojawiają się koncepcje rezerwy pasywnej, rezerwy aktywnej czy też lepszego „zarządzania talentami”, ale to nie zmienia tego, że nie mamy systemu masowego szkolenia obywateli na żołnierzy i nic nie zapowiada, by to się szybko zmieniło. Mamy tzw. dobrowolny pobór, czyli Dobrowolną Zasadniczą Służbę Wojskową, ale to zaledwie 30-40 tys. osób rocznie. Biorąc pod uwagę, że w czasie „W” nasza armia z obecnych ok. 200 tys. ma się rozwinąć do 600 tys. czy nawet 800 tys., to widać jak wiele mamy jeszcze do zrobienia. Niestety, politykom trudniej się pochwalić działającym systemem szkolenia niż nowym samolotem F-35, stąd też ich chęć rozwiązania tego problemu jest zapewne nieco mniejsza.

Czytaj więcej

Marek Kozubal: Pobór do wojska wróci. Kogo może objąć?

Drugim poważnym i również nierozwiązanym wyzwaniem, przed którym stoi nasza armia, jest System Kierowania i Dowodzenia. W uproszczeniu chodzi o to, by było jasno zdefiniowane, kto za co odpowiada i kto kiedy ma ostatnie słowo. Brzmi prosto, ale wcale takie nie jest. Reforma SKiD ciągnie się już od ponad dziesięciu lat, tyle czasu politycy i najważniejsi wojskowi o tym mówią, teraz też trwają nad nią prace, ale realnych efektów wciąż nie ma. Dlaczego to istotne? Sprawny system powinien być utworzony na czas „W”, a działanie w czasie pokoju powinno być jego pochodną. Tymczasem u nas tak nie jest i można wręcz zaryzykować tezę, że w czasie pokoju działamy w pewnym sensie w zupełnie innym systemie, który nie przystaje do rzeczywistości. Trudno powiedzieć, kiedy odpowiednie regulacje zostaną przyjęte, a trzeba też pamiętać, że będzie potrzeba czasu, by je w armii wprowadzić. To zajmie co najmniej kilkanaście miesięcy.

Zaplecze przemysłowe, głupcze

Wychodząc nieco poza armię, ale patrząc szerzej na zdolności państwa do obrony, poważną bolączką pozostaje brak odpowiedniego zaplecza logistycznego i technicznego. Z jednej strony wciąż mamy za mało amunicji, a dostawy paliwa w czasie wojny mogą być poważnym problemem. Tzw. CEPS, czyli natowski ropociąg, który obecnie kończy się na zachodzie Niemiec, ma być doprowadzony nad Wisłę już za… 15 lat. Warto mieć jakiś dobry pomysł na tzw. międzyczas.

Czytaj więcej

Nie tylko śmigłowce. Polska buduje zaplecze dla Apache'ów za 1,2 mld zł

Wojna w Ukrainie jasno pokazuje, że zaplecze przemysłowe i logistyczne jest podstawą do podtrzymania potencjału bojowego państwa. Setki czy nawet tysiące manufaktur dronowych, które powstały w ostatnich latach za naszą wschodnią granicą, są tego dowodem. Oczywiście znacznie łatwiej jest się do tego przygotować przed wojną niż w jej trakcie. Czy my robimy odpowiednio dużo? Nasz przemysł zbrojeniowy zyskuje nowe kompetencje, m.in. do serwisowania kupowanych śmigłowców, czołgów czy armatohaubic, ale można mieć uzasadnione wątpliwości, czy robimy to odpowiednio szybko i na pewno w odpowiedni sposób. Koncentrowanie kluczowych zdolności stosunkowo niedaleko naszej wschodniej granicy – np. w Stalowej Woli, wydaje się być pomysłem suboptymalnym.

Mając więc w pamięci piękne obrazki z defilady, warto mieć z tyłu głowy, że choć jeden kluczowy problem – zakup sprzętu – udało nam się w dużej mierze rozwiązać, to jest zdecydowanie zbyt wcześnie, by kondycję Wojska Polskiego uznać za wystarczającą do odparcia ataku Federacji Rosyjskiej. Właśnie o tym powinni dumać politycy, którzy zasiedli w sobotę na trybunie honorowej na stołecznej Wisłostradzie.