Zastanawiam się, kiedy ostatnio zdarzyło mi się słyszeć przemówienie Jarosława Kaczyńskiego takie jak za dawnych czasów: dowcipne, erudycyjne, cięte, inteligentne. Cóż, było to bardzo, bardzo dawno.

W zamian posłuchałem fragmentu wystąpienia w Koszalinie, w którym prezes PiS opowiada o konsystencji węgla: „Trzeba było kupić trzy razy więcej węgla, niż jest potrzebne do palenia w piecach. Dlaczego? Bo do palenia w piecach, szczególnie tych nowoczesnych, jest tylko ten sortowany węgiel przydatny, a żeby mieć jeden kilogram tego sortowanego, czy jedną tonę, no to trzeba mieć trzy razy więcej tego niesortowanego. A to ten niesortowany się kupuje […]. A jeszcze do tego przy przewożeniu na dłuższych odcinkach, szczególnie statkami, ten sortowany z powrotem zmienia się w niesortowany po prostu dlatego, że się kruszy w czasie transportu”. Kaczyński nie wszedł niestety w detale konstrukcji pieców ani też nie zreferował klasyfikacji tak zwanych sortymentów węgla, mam jednak wrażenie, że był tego bliski.

Jako żywo przywodzi to coraz bardziej na myśl wystąpienia towarzysza Wiesława, który w koszmarnie długich przemówieniach drobiazgowo wyliczał, o ile procent wzrosła produkcja tego i owego.

Obserwacja wypowiedzi prezesa PiS na spotkaniach z ludem prowadzi do wniosku, że zasadniczo są dwa wątki wystąpień Naczelnika, które się ze sobą płynnie przeplatają. Pierwszy to wątek wyżej zobrazowany: wchodzenie w jakieś absurdalne detale, o których Kaczyński tak naprawdę nie ma pojęcia i powtarza tylko to, co usłyszał od kogoś w swoim gabinecie – stąd zresztą liczne wpadki. Jako żywo przywodzi to coraz bardziej na myśl wystąpienia towarzysza Wiesława, który w koszmarnie długich przemówieniach drobiazgowo wyliczał, o ile procent wzrosła produkcja tego i owego.

Drugi wątek to skrajnie zwulgaryzowana wersja politycznego manicheizmu, w której w polskiej polityce trwa starcie dobra (PiS) ze złem (większość opozycji z PO na czele). Jedynym ratunkiem dla Polski jest trzecia kadencja PiS, a wygrana opozycji oznacza, że krajem z tylnego siedzenia będzie rządził kanclerz Scholz, ludziom zostaną odebrane wszelkie świadczenia socjalne, a u władzy znajdą się złodzieje i bandyci.

Do tego można jeszcze dorzucić pojawiające się nieodmiennie opowieści o tym, ile to pieniędzy zebrał budżet państwa za PiS, ile PiS już rozdał oraz ile rozda jeszcze. Przeskoki, jakich w trakcie swoich wystąpień prezes dokonuje pomiędzy tymi poetykami, są nawet na swój sposób fascynujące.

Jest to jednak zarazem przygnębiające. Najważniejszy polityk w Polsce, który jednoosobowo decyduje o kursie państwa, a to gubi się w detalach, z których nic nie wynika, a to serwuje opowieść, która, gdyby w nią uwierzyć, musiałaby oznaczać właściwie delegitymizację największej partii opozycyjnej jako środowiska złożonego pospołu z agentów Rosji, Niemiec i złodziei. Przy czym niektórzy łączyliby w sobie przynależność do dwóch, a może nawet wszystkich trzech tych grup. Jeśli przypomnieć sobie Jarosława Kaczyńskiego sprzed siedmiu lat – błyskotliwego polityka ze względnie spójną wizją poważnych zmian w państwie – skala upadku staje się wręcz porażająca.

Autor jest publicystą „Do Rzeczy”