Korespondencja z Brukseli

– Podejmowanie decyzji w UE zawsze jest nacechowane zbiorową nieodpowiedzialnością. Wielka Brytania na tym tle stanowi chlubny wyjątek. Jeśli wyjdzie z Unii, będzie nam tego brakowało – mówi unijny dyplomata, Francuz, który przez wiele lat piastował wysokie stanowisko w unijnych strukturach. Widział z bliska, jak ministrowie różnych krajów przyjeżdżają na narady do Brukseli i mają zdanie tylko na temat, który ich bezpośrednio dotyczy. W innych sprawach machają ręką i zgadzają się na czasem pokraczne unijne kompromisy. Ale nie Brytyjczycy. Ci zawsze zachowują się tak, jakby poważnie traktowali swoje opłacane przez podatników stanowiska.

Przykład? Niedawno podwojono liczbę sędziów unijnego Trybunału Sprawiedliwości, choć nie było to potrzebne. Koszt – 20 mln euro rocznie. Zaprotestowało tylko kilka państw, w tym Wielka Brytania.

W takich sprawach zawsze można na nią liczyć. Po jej ewentualnym wyjściu na pewno zmieni się więc styl uprawiania polityki w UE. Z Komisji Europejskiej raczej nie znikną powszechnie uważani za bardzo profesjonalnych brytyjscy urzędnicy, bo wypowiedzenie im kontraktów mogłoby zostać podważone przed sądem. Poza tym większość z nich już złożyła wnioski o obywatelstwo belgijskie lub szuka w dokumentach rodzinnych irlandzkich dziadków. Nawet jednak jeśli nie zostaną zwolnieni, to przestaną się liczyć. Nominacje na wysokie stanowiska zależą bowiem od wagi odgrywanej przez ich kraj w UE.

Wyjście Wielkiej Brytanii nie musi poprawić organizacji UE i prowadzić do ściślejszej integracji, co wydawałoby się logiczne, w sytuacji gdy najsłabsze ogniwo odłącza się od łańcucha wspólnoty. Jeszcze kilka lat temu Jacques Delors, były przewodniczący Komisji Europejskiej, namawiał Brytyjczyków do wyjścia z Unii. Wielu zwolennikom integracji wydawało się wtedy, że warto pozbyć się hamulcowego i wrócić do korzeni. Co oznaczało Unię dwóch prędkości z elitą zgromadzoną w strefie euro. Teraz nawet we Francji, zawsze promującej ten pomysł, rośnie liczba eurosceptyków. A dwa inne ważne kraje zachodniego klubu – Niemcy i Holandia – nie zgodzą się na taki model integracji, który prowadziłby tylko do dzielenia się stratami.

Dla wielu państw Wielka Brytania była bardzo wygodnym pretekstem. Polska czy Węgry mogły się odwoływać do twardej postawy Londynu, nawet w jeśli w wielu sprawach nie było im z Brytyjczykami po drodze. Po ewentualnym Brexicie te kraje będą musiały jasno się określić wobec inicjatyw integracyjnych.

Ale też możliwy jest drugi scenariusz, czyli brak takich inicjatyw. Bo kontestujący integrację Londyn był także wygodny dla tych krajów, które deklarowały się jako proeuropejskie, mając nadzieję, że nikt nigdy nie powie „sprawdzam". Eksperci wskazują też, że pozostanie Wielkiej Brytanii w UE wcale nie rozwiązuje problemu, bo wzmocniony David Cameron będzie chciał jeszcze bardziej osłabiać Unię.

Wygląda więc na to, że w każdym scenariuszu reszta Europy musi sobie sama opowiedzieć na pytanie, czego chce. Wobec dwóch największych dziś problemów Europy – kryzysu gospodarczego i uchodźców – nie ma żadnego znaczenia, czy zwycięży Brexit czy Bremain. Bo Wielka Brytania nie należy do strefy euro, jest też wyłączona ze wspólnej polityki imigracyjnej.