Czwarty i piąty września oznaczają dla Chin wielkie święto. Pierwszy raz w ośmioletniej historii spotkań grupy G20 gospodarzem będą Chińczycy. Prezydent Xi wspomni z pewnością lata, gdy kierował prowincją Zhejiang, której stolicą jest właśnie Hangzhou.
Niewielkie na chińskie standardy, zaledwie 9-mln miasto przeżywa trudne chwile. Podobno na organizację szczytu wydano 24 mld dolarów - oficjalnych danych rząd nie podaje, ale sugerowana kwota przyćmiewa koszt igrzysk w Rio. Brazylijczyków miały kosztować jedynie 5 mld...
Urzędnicy dostali tydzień urlopu, a na specjalne talony na przymusowe wakacje Pekin przeznaczył 1,5 mld dolarów. Stacje benzynowe obudowano, do obsługi przeznaczono 760 tys. mieszkańców-ochotników (wychodzi po 100 na każdego uczestnika szczytu), a obywatele mieli czyścić miasto z czterech niepożądanych plag: much, karaluchów, komarów i szczurów. Niebo robi się błękitne, by nie przynieść wstydu organizatorom. Oczyszczenie że smogu mogło przynieść jedynie wyłączenie okolicznych zakładów produkcyjnych.
Krytykować nie można niczego. Jeden z internautów został zatrzymany przez policję, gdy w sieci zamieścił post o treści "wstyd mi za Hangzhou". Koszt dwudniowej imprezy dla najważniejszych ludzi świata może wynieść więcej niż roczny budżet, a wiadomo, że rozrzutność na pokaz mieszkańców irytuje. W oficjalnych sondażach jednak 96,8 proc. obywateli cieszy się że szczytu. Samo spotkanie z pewnością okaże się przełomowe pod wieloma względami. Po raz ostatni Barack Obama spotka się jako urzędujący prezydent USA z chińskim odpowiednikiem. Kanada w osobie premiera Trudeau ogłasza przystąpienie do chińskiego banku AIIB, czym dystansuje się od dotychczasowego sojuszu z Amerykanami i Japończykami na tym polu. Ukraina i kwestia Krymu nie pojawi się na agendzie. Polska wciąż będzie śnić o dołączeniu do prestiżowego grona dwudziestu największych graczy świata.