Krytycy obozu rządzącego często wysuwali argument, że PiS, a szczególnie prezes tej partii, zarządza krajem za pomocą konfliktowania ze sobą różnych grup społecznych. Na dowód przytaczali rozmaite wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego o „gorszym sorcie", „kanaliach", „elemencie animalnym" itp. Zwracano też uwagę na kampanie szczucia na poszczególne grupy społeczne, które zalazły za skórę PiS, przeprowadzane w telewizji publicznej. Jednak często były to tezy publicystyczne.

Pierwszym dowodem, jaki się pojawił była afera hejterska w ministerstwie sprawiedliwości. Chodziło o systematyczne niszczenie sędziów krytycznych wobec zmian wprowadzanych przez PiS. Jak opisywał Onet, by zdyskredytować sędziów, wyciągano o nich informacje osobiste z akt personalnych i przekazywano trollom, którzy kontynuowali kampanie hejtu w sieci.

Czytaj więcej

Afera e-mailowa: Nauczyciele chcą skierować sprawę do prokuratury

Ale dopiero wyciek maili ze skrzynki Michała Dworczyka pokazuje, że to nie dotyczyło jednego ministerstwa, ale że PiS w ogóle działa jak jedna wielka fabryka hejtu. Nie wiemy oczywiście, które z maili są prawdziwe, a które zmanipulowane, jednak nawet jeśli część z nich pokazuje, co myśleli ich nadawcy, mamy naprawdę wystarczające dowody na tę tezę. Pomysły na kampanie nienawiści pojawiały się w otoczeniu Mateusza Morawieckiego, w sztabie wyborczym lub biurze prasowym PiS. Gdy we wrześniu 2018 roku przed wyborami samorządowymi, których twarzą był premier, Morawiecki przegrał proces w trybie wyborczym, jego współpracownicy przygotowali materiały obciążające sędziego, który wydał wyrok i sąd, gdzie decyzja zapadła. Materiały przekazano TVP, która zadanie wykonała. Tuż przed wyborami samorządowymi Morawiecki napisał z Brukseli do współpracowników, że spot szczujący na uchodźców sprowadza na niego falę krytyki. Wówczas pracujący dla rządu profesor socjologii tłumaczy, że spot świetnie mobilizuje wyborców, dodatkowo pozwala przykryć niebezpieczny dla PiS temat polexitu. Pół roku później, w czasie kampanii prezydenckiej, współpracownik premiera martwił się, że za mocno uderzono w środowiska LGBT. „Oczywiście rozumiem, że możemy na tym zyskać, jeśli będzie agresywny atak drugiej strony – ale niestety na razie narracja jest taka, że to my jesteśmy agresywni i atakujemy Bogu ducha winnych LGBT-owców" – pisał. Gdy wiosną 2019 r. wybuchł strajk nauczycieli, z biura prasowego PiS miał wyjść mail z planem ataku na szefa ZNP Sławomira Broniarza.

Z tego zestawienia płynął dwa wnioski. Pierwszy ma charakter moralny. Partia, która zapowiadała chrześcijańską kontrrewolucję okazuje się posługiwać w swej codziennej działalności czystą nienawiścią po to, by pogrążyć przeciwników i zmobilizować zwolenników.

Nienawiść to zło. Nie można osiągać dobrych celów, posługując się plugawymi metodami. Jak w podręczniku populizmu, kampanie nienawiści grały na społecznych lękach. Zamiast rozwiązywać problemy je wywołujące, jeszcze mocniej budowano napięcie, niechęć, nienawiść. Z chrześcijaństwem to nie ma naprawdę nic wspólnego.

Po drugie warto przypomnieć książkę fińskiej dziennikarki Jesski Aro pt. „Trolle Putina". Pokazała, jak Kreml prowadzi wojnę informacyjną przeciw swoim wrogom, również na zachodzie. Aro musiała uciec ze swej ojczyzny, bo w wyniku kampanii nienawiści bezpieczeństwa nie mogły jej zagwarantować władze jej kraju. Podobieństwo akcji dyskredytujących Aleksieja Navalnego do rozkręcającej się afery Pegasusa, podczas której inwigilowano, a później preparowano rzekome dowody obciążające polityków opozycji, jest wstrząsające. Szkoda, że PiS czerpie tak obficie z podręcznika metod KGB.