Europa i świat stoją na krawędzi wielkich zmian. Po raz pierwszy od zakończenia zimnej wojny wizja konfliktu zbrojnego w Europie nie może zostać odrzucona jako wymysł szaleńca. To, że Europa prowadzi wojnę z terroryzmem, jest już po prostu faktem.

Unia Europejska może się rozpaść. Tego zdania nie napisałby żaden poważny analityk jeszcze dekadę temu. Dziś, gdy czekamy na brytyjskie referendum ws. wyjścia z UE i czytamy o rajdach belgijskiej policji na granicy z Francją, ten scenariusz wydaje się co najmniej możliwy.

Baliśmy się Europy dwóch prędkości. I oto ona już istnieje. Francja, Niemcy i kraje Beneluksu szykują system, który wyłączy Polskę i inne kraje Europy Środkowej z centrum decydującego o losach kontynentu.

NATO, które przespało okres po zimnej wojnie, jest bardzo osłabione. Amerykanie mają dosyć pełnienia funkcji globalnego policjanta, za którą płacą krwią swych żołnierzy, bilionami dolarów i nieustającą falą krytyki. Jakoś nie widać jednak innego chętnego, a gorących punktów na mapie świata wciąż przybywa.

W tej sytuacji, gdy Polska musi się zmierzyć z dobrze znanymi sobie zagrożeniami (rosnącym imperializmem rosyjskim) oraz całkowicie nowymi (islamski terroryzm), przestałem rozumieć strategię i taktykę naszej polityki zagranicznej.

Polska nigdy nie wygrywała sama. Osiągaliśmy cele, gdy potrafiliśmy budować sojusze, gdy mieliśmy potężnych przyjaciół, których interes był zbieżny z naszym. Kto jest dziś naszym przyjacielem i sojusznikiem?

Czy jest nim Wielka Brytania, która chce wyjść z Unii i której celem nigdy nie była silna Europa, lecz udział w decydowaniu o losach kontynentu?

Czy są nim Niemcy, którzy stali się wręcz synonimem wroga w retoryce wewnętrznej polskiej polityki?

Czy jest nim Bruksela, która – jak słyszę codziennie od polityków – bez wytchnienia spiskuje w celu odebrania Polsce niepodległości i której urzędnicy czyhają nieustannie na błędy polskiego rządu, a instytucje są podstępnie wykorzystywane w brudnej grze politycznej przeciwko Najjaśniejszej?

Za chwilę w Waszyngtonie będzie rządzić nowy prezydent. Nie szukamy dróg do demokratów, choć to oni mają większą szansę przejąć w styczniu Biały Dom. Tyle że nam z nimi nie po drodze – poseł partii obecnie rządzącej obwieszczał przecież po wygranej Baracka Obamy koniec cywilizacji białego człowieka. Teraz obrażamy też republikanów, choć to oni od lat byli naszymi sojusznikami w Waszyngtonie. Pamiętam nie tak odległe czasy, gdy bohater wojny w Wietnamie i zwolennik rozszerzenia NATO John McCain był wychwalany w Warszawie pod niebiosa. Już nie jest, bo śmiał zadawać pytania o obecną politykę Warszawy. Okazało się, że nie jest już wybitnym politykiem, lecz kukiełką w rękach wiadomych sił.

Polska była latami postrzegana jako ważny kraj, bo potrafiła budować grupy interesu i miała potężnych przyjaciół. Im lepiej żyliśmy z Berlinem i Waszyngtonem, tym byliśmy ważniejsi. Był nawet okres w naszej niedawnej historii, gdy Francuzi załatwiali przez naszych dyplomatów wizytę swego prezydenta w Białym Domu.

To wszystko się kończy, bo otwieramy kolejne fronty walki ze wszystkimi o wszystko. Rozpoczynamy nowy spór handlowy z Komisją Europejską o podatek handlowy. Niemieccy biznesmeni pytają po cichu, czy Polska wprowadzi ograniczenia narodowościowe dla kapitału zza Odry.

Nie rozumiem, jak kraje Europy Środkowej mają w nas widzieć lidera, skoro nawet uznaną i szanowaną Komisję Wenecką, którą sami zaprosiliśmy, besztamy publicznie, bo śmie mieć inną opinię, niż byśmy chcieli.

Nie wiem, jak zreformujemy NATO, skoro obrażamy czołowych polityków zajmujących się w sojuszu obronnością (przypomnę, że McCain jest szefem Komisji Obrony Senatu USA i będzie zatwierdzać wszelkie zmiany w europejskiej polityce Pentagonu).

Ostra retoryka oblężonej twierdzy jest skuteczna w polityce wewnętrznej, ale dobija naszą dyplomację. I jest nieskuteczna, a to w polityce grzech najcięższy. Nasza polityka zagraniczna zaczyna przypominać samonakręcającą się spiralę klęski. Gdy bowiem stracimy wpływy w NATO i UE, instytucje te zaczną podejmować decyzje nieuwzględniające naszych interesów. I wtedy okaże się, że politycy szukający wszędzie wrogów Polski mają rację. Na własne życzenie.