Ileś lat temu wychodząc z pokoju adwokackiego w Sądzie Okręgowym w Łodzi w drzwiach niemal zderzyłem się z ówczesnym sekretarzem naszej Okręgowej Rady Adwokackiej. Szedł z szerokim uśmiechem, a po policzkach spływały mu łzy. Naturalnym biegiem rzeczy zapytałem się go, co się stało. Skąd ten uśmiech, skąd te łzy? Odpowiedział mi mniej więcej w taki sposób:
„Właśnie wracam z rozprawy u sędziego X, a wie Pan Panie Kolego, jaki to jajcarz. Mieliśmy głosy końcowe w sprawie o rozbój, w której bronię z urzędu. Jak już powiedziałem to, co miałem powiedzieć, sędzia spytał się mojego oskarżonego, o co wnosi on w ostatnim słowie. I wtedy zza pleców usłyszałem: