Wygra ten, kto skuteczniej zohydzi przeciwnika. Tak, jak w wielu innych krajach ogarniętych populizmem, Brazylijczycy głosują przede wszystkim nie na tego, kto przedstawi najlepszy program, tylko przeciw temu, kogo nienawidzą najbardziej.

W tej kategorii ekipa Bolsonaro, który nosi przydomek „Trumpa tropików”, okazała się skuteczniejsza. Instytut Igarape ustalił, że przed pierwszą turą wyborów prezydenckich 99 milionów obejrzało filmy na YouTube szkalujące Lulę, podczas gdy tylko 28 mln zapoznało się z tymi, które rysują Bolsonaro w czarnych barwach.

Lula da Silva obiecuje powrót do prosperity

Lula da Silva obiecuje powrót do prosperity

Foto: MIGUEL SCHINCARIOL / AFP

Mimo ciągłych zaprzeczeń wielu uwierzyło, że lider brazylijskiej lewicy chce zamknąć kościoły i pozwolić dorosłym mężczyznom korzystać ze szkolnych toalet razem z małymi dziewczynkami. Przesłanie Luli, że Bolsonaro w wolnych chwilach poświęca się kanibalizmowi i jest masonem, aż tak mocno się nie przebiło. W kraju, w którym wymiar sprawiedliwości wciąż uchodzi za niezależny, komisja wyborcza wprowadziła jednak w tym tygodniu zakaz rozsiewania kłamstw o kandydatach pod groźbą kary 28 tysięcy dolarów za każdą godzinęobecności takiego materiału w Internecie.

Bóg był Brazylijczykiem

Czy na ostatniej prostej kampanii wyborczej taka kara okaże się skuteczna, nie wiadomo. Przez wiele miesięcy przed głosowaniem sondaże dawały Luli przynajmniej kilkanaście punktów procentowych przewagi nad Bolsonaro, jednak teraz może on liczyć tylko na 52 procent poparcia wobec 48 procent dla swojego oponenta.

Przywódca Partii Pracujących gra przede wszystkim na sentymentach. Obiecuje, że wrócą czasy, kiedy był już prezydentem (2003–2011). Wtedy w największym kraju Ameryki Łacińskiej powszechnie mówiono, że „Bóg jest Brazylijczykiem”, tak wspaniałe perspektywy otwierały się przed krajem. Ekonomiści zaliczali go do grupy tzw. BRICS – największych rynków wschodzących. Brazylia rozwijała się przede wszystkim na fali masowego eksportu do Chin. To dało Luli możliwość uruchomienia szerokich programów socjalnych jak Bolsa Familia, które wydźwignęły z nędzy 30–40 mln Brazylijczyków.

Jair Bolsonaro ostrzega przed losem Wenezueli

Jair Bolsonaro ostrzega przed losem Wenezueli

Foto: EVARISTO SA / AFP

Jednak w dzisiejszym świecie powtórzenie tego modelu nie jest już możliwe. Bolsonaro sam zresztą uruchomił w ostatnim roku subwencje socjalne warte łącznie przeszło 50 mld dolarów, w tym program pomocy dla najuboższych Auxilio Brasil. Liderowi skrajnej prawicy pomaga też niezły stan gospodarki, która ma w tym roku urosnąć o 2,8 proc. przy inflacji, która spadła do 8 proc.

Podstawą poparcia dla Bolsonaro są jednak przede wszystkim względy religijne. Strasząc legalizacją aborcji, jeśli Lula wróciłby do władzy, były kapitan ma nadzieję zyskać poparcie grup ewangelikalnych, które z powodu porażki Kościoła katolickiego wśród najuboższych zrzeszają już co trzeciego mieszkańca kraju.

Pogrom Amazonki

O ile lider Partii Pracujących cieszy się szczególnym poparciem w ubogiej, północno-wschodniej części kraju, to Bolsonaro ma przewagę tam, gdzie koncentruje się klasa średnia: w Rio, Sao Paulo, wśród farmerów i ogólnie w południowych, graniczących z Argentyną częściach kraju.

To jest rozgrywka o model gospodarczy Brazylii. Kandydat populistycznej prawicy zapowiada kontynuację prywatyzacji, która miałaby objąć nawet kolosa energetycznego Petrobras, podczas gdy Lula stawia na umocnienie sektora państwowego.

Ale chodzi też o środowisko. Tylko w tym roku zniknął w Amazonce las tropikalny o powierzchni ponad 9 tysięcy kilometrów kwadratowych, tyle, co ma województwo opolskie. To ma być realizacja wizji, że Brazylia zamiast „płuc świata” powinna być świata „spichlerzem”, czyli jeszcze większym producentem zbóż i mięsa wołowego. Lula zapowiedział bowiem, że jeśli wróci do Palacio da Alvorada, oficjalnej siedziby głowy państwa w Brasilii, wypalanie lasów całkowicie wstrzyma.

Największe wątpliwości dotyczą jednak samej demokracji. Bolsonario stale krytykuje elektroniczny system liczenia głosów, jeden z najbardziej sprawdzonych na świecie. Wielu obawia się, że to zapowiedź podważenia ewentualnej przegranej. Wtedy może wyprowadzić swoich zwolenników, wśród których wielu ma broń, na ulice. O przyszłości kraju zdecydowałaby wówczas reakcja armii.