Zbigniew Rau, minister spraw zagranicznych, ma największy, w całym rządzie gabinet polityczny. Liczy on sześć osób (rok wcześniej był siedmioosobowy): trzech doradców, dwóch asystentów i szefa gabinetu, którym jest Mateusz Pali, jego asystent z czasów poselskich i pracy wojewody łódzkiego. Na drugim miejscu są: minister edukacji i nauki Przemysław Czarnek, który posiada pięcioosobowy gabinet, i Marlena Maląg – minister rodziny i polityki społecznej. Jednak zdecydowana większość ministerstw rządu Mateusza Morawieckiego albo zlikwidowała gabinety polityczne, albo znacznie je okroiła.

Czytaj więcej

Makowski: Stoimy na krawędzi największego kryzysu energetycznego w historii

Trudna ścieżka kariery

I tak, resorty zdrowia i sprawiedliwości oraz polityki regionalnej mają dwuosobowe gabinety polityczne, MSWiA i Ministerstwo Rolnictwa – zatrudnia w nim po trzy osoby. Tylko jedną osobę zatrudnia minister infrastruktury, MON i aktywów państwowych. Gabinetu nie utworzyli w ogóle: minister finansów Magdalena Rzeczkowska, minister klimatu Anna Moskwa i minister rozwoju i technologii Waldemar Buda. Dlaczego?

„Przepisy ustawy z 8 sierpnia 1996 r. o Radzie Ministrów nie nakładają obowiązku utworzenia gabinetu politycznego ministra” – odpowiada nam resort finansów.

"Minister Waldemar Buda na ten moment nie widzi potrzeby utworzenia gabinetu politycznego. Jeżeli taka konieczność zaistnieje, gabinet zostanie utworzony" - odpowiada resort rozwoju.

Gabinety polityczne mogą tworzyć ministrowie rządu – zatrudnienie ich członków musi być przejrzyste: dane osób, w tym, gdzie pracowali trzy lata wcześniej, umieszcza się w BIP. – Nie jestem fanem gabinetów, ale jeśli polityk idzie do rządu i chce sobie dobrać współpracowników, to opinia publiczna ma prawo wiedzieć kto to jest i czym się zajmował wcześniej. To musi być jawne – podkreśla Cezary Tomczyk, były rzecznik rządu Ewy Kopacz, który sam utworzył trzyosobowy gabinet.

Czytaj więcej

Wojna z Marianem Banasiem o kolegium NIK

Wymogi dla ich członków, jak np. lata pracy, jak i ich wynagrodzenie, reguluje rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 28 marca 2000 r. Jednak od lat politycy omijali przepisy i zatrudniali np. znajomych czy studentów, mimo iż rozporządzenie wymaga wykształcenia wyższego. W „sytuacjach szczególnych” minister może się do tego nie zastosować. Tak zrobił m.in. Mateusz Morawiecki w przypadku Anny Gembickiej (była wtedy studentką) czy Antoni Macierewicz, który jako szefa gabinetu zatrudnił absolwenta liceum Bartłomieja Misiewicza.

W 2015 r. Prawo i Sprawiedliwość podczas kampanii wyborczej obiecywało likwidację gabinetów politycznych (w programie partii określono je jako „przejaw upartyjnienia państwa”). Zatrudnia się w nich głównie z tzw. klucza partyjnego, bardzo często pracowników z biur poselskich czy klubów parlamentarnych. Ich członkowie nie mają ściśle określonych obowiązków, najczęściej wykonują pracę czysto partyjną. Są też w ciągłym zainteresowaniu opinii publicznej i mediów.

Sam premier Mateusz Morawiecki w 2020 r. zlikwidował swój pięcioosobowy gabinet polityczny

– Gabinety polityczne zawsze budziły niezdrowe zainteresowanie i kontrowersje i dziś, przy tak rozbuchanych mediach społecznościowych, wiele osób po prostu nie chce tam trafić. Potem w świat idzie za nim „łatka” tzw. plecaka. Praktycznie to zamyka drogę do kariery w prywatnym biznesie – tłumaczy nam jeden z byłych młodych doradców rządu.

Niskie stawki

Także stawki wynagrodzeń w gabinetach (są również określone w rozporządzeniu) nie są wysokie np. średnie wynagrodzenie w gabinecie politycznym szefa MSZ kształtuje się na poziomie 6, 5 tys. brutto miesięcznie, w MEiN – 8,8 tys. zł brutto, w Ministerstwie Zdrowia – 6,3 tys. zł brutto.

– Dziś wielu ministrów ukrywa swoich asystentów na etatach specjalistów czy ekspertów tzw. stanowiskach niemnożnikowych, które nie podlegają ścisłym rygorom, np. konkursów czy stażu i wynagradzania – twierdzi były doradca.

Tomczyk: – Idą więc do „szarej strefy”. Proszę zobaczyć, że w ciągu siedmiu lat wydatki budżetu Kancelarii Premiera wzrosły siedmiokrotnie, zatrudniono blisko 200 osób więcej. Tego nie da się wytłumaczyć pandemią. To jest patologia.

Sam premier Mateusz Morawiecki w 2020 r. zlikwidował swój pięcioosobowy gabinet polityczny, a jego najbliżsi współpracownicy (np. Piotr Patkowski) odeszli do rządu lub do państwowych spółek – Orlen, PKO BP czy PFR. Spora część współpracowników usadowiona na lukratywnych posadach w spółkach nadal doradzała premierowi – co ujawniła także afera mailowa Dworczyka – „poza systemem”. Oficjalnie premier ma ogromną armię doradców, która liczy 40 osób. To 21-osobowa Rada Doradców Politycznych i druga, Rada Doradców Społecznych – wszyscy pracują jednak społecznie.