W niedzielę politycy w programie „7. Dzień Tygodnia w Radiu ZET” politycy dyskutowali na temat „budowy IV Rzeszy”, którą miał zarzucić Niemcom prezes PiS Jarosław Kaczyński. Tego samego określenia użyli później były minister obrony narodowej Antoni Macierewicz czy wiceminister sprawiedliwości Marcin Romanowski z Solidarnej Polski - obaj uczynili to w mediach należących do ojca Rydzyka.

W niedzielę posłanka Mirosława Stachowiak-Różecka tłumaczyła, że nie widzi nic dziwnego w tym określeniu i dziwi ją wywołane przez nie oburzenie opinii publicznej. - Jestem zdumiona oburzeniem, że określamy dążenia Niemców do federalizacji Europy mianem „IV Rzeszy” - mówiła w Radiu Zet.

Czytaj więcej

Wiceminister sprawiedliwości: UE pod niemiecką hegemonią. To realizacja IV Rzeszy

- Najprościej się cofnąć do III Rzeszy, ale wcześniej była, przypomnę, i II i I Rzesza. Wszystkie miały, niezależnie od ideologii, które przyświecały ich przywódcom, cel wspólny: federalne, silne, wielkie, niemieckie, dominujące w Europie państwo - tłumaczyła posłanka Prawa i Sprawiedliwości.

Stachowiak-Różecka przekonywała, że „w nazwie »Rzesza« nie ma nic złego”. - Co do zasady „Rzesza” oznacza wielkie, federalne, zjednoczone państwo, w którym dominującą rolę odgrywają Niemcy - powiedziała.

Prowadzący program Andrzej Stankiewicz pytał polityk PiS, czy w Polsce można używać określenia „Rzesza” tak, by nie budziło ono skojarzeń z III Rzeszą oraz czy słowo to nie kojarzy się źle. - To właśnie powinno być złe skojarzenie - odparła była kandydatka PiS na prezydenta Wrocławia. - Bo to oznacza, że Niemcy dążą do dominującej roli w sfederalizowanej Europie. Po prostu - stwierdziła.