W mediach społecznościowych i wśród dziennikarzy jest pan kojarzony z pewną swoistą bańką - rolniczą. Ma pan plan by skutecznie wyjść z przeslaniem np. do mieszkańców miast?

Michał Kołodziejczak, lider AgroUnii: Oni mają problemy analogiczne do naszych. Media społecznościowe z jednej strony pozwalają wyjść do tych ludzi, nawiązać kontakt, czy dać wypowiedzieć się bez użycia wielkich mediów, tylko zbudować samemu zasięg. AgroUnia to zrobiła i ten głos jest bardzo mocno słyszalny. Ja pamiętam taką sytuację, jak dwa lata temu strajkowali nauczyciele i my jednym wpisem na Twitterze wywołaliśmy dość wieką burzę, gdy napisaliśmy, że ich wspieramy. Wystarczył jeden tweet. Dla mnie to było oczywiste, a dla niektórych okazało się to tak kontrowersyjne, że trzeba było to opisać i to też pokazało, że te normalne zachowania są odbierane jako kontrowersyjne. Więc z jednej strony daje to duże możliwości, a z drugiej też można się mocno sparzyć. Nie można być jednak niewolnikiem Twittera.

Czy jest plan AgroUnii na działalność w świecie rzeczywistym. Będą konwencje, programy, struktury?

Od samego początku mediów społecznościowych używaliśmy przede wszystkim do nagłośnienia naszych tematów, do mówienia o tym, gdzie będziemy, co będziemy robić, ale byliśmy zbudowani na pracy z ludźmi w całej Polsce, w terenie. I te media społecznościowe bardzo nam pomogły, chociażby przy obronie szkoły w Dubience, czy też obronie wiosek w gminie Chełm, które miały być włączone do miasta itd. Ale przychodzi też taki moment, kiedy trzeba zrobić jeszcze kilka kroków do przodu, tak naprawdę tygrysich skoków.

Czytaj więcej

Przed Kongresem lider AgroUnii pisze list do Lewicy. "Wszyscy jesteśmy robotnikami"

Po co jednak AgroUnia angażuje się własnie takie sprawy jak szkoła w Dubience?

To jest takie przekonywanie siebie, że musimy działać w jeszcze inny sposób, który nie jest zagwarantowany tylko dla tych największych, których obserwujemy od dawna. Jestem zwolennikiem wydawania tradycyjnej prasy, dlatego wydaliśmy pierwszy, obszerny numer naszej „AGROgazety”, a teraz szykujemy się do przedstawienia naszych postulatów, tego, czym będziemy zajmować się w najbliższym czasie, na rozbudowanej konferencji, takiej małej konwencji. Bo wiemy, że reprezentując tylko wąską, jednotematyczną grupę nie jesteśmy w stanie załatwić nawet naszych własnych spraw.

A Dubienka? Młodzi ludzie chcieli, żeby im pomóc. I to był mój obowiązek zabrać ze sobą Piotra Ikonowicza i obronić tą szkołę Udało się. Razem z Piotrem i młodymi wygraliśmy!!!

Ale idziemy dalej - szykujemy na przedstawienie głównych punktów programowych 4 grudnia, w Warszawie. Chcemy to zrobić w stolicy, bo zrozumiałem, że to tutaj załatwia się te wszystkie sprawy. Można rozmawiać w całej Polsce, można jeździć po całym kraju, być wszędzie, ale to tutaj się to wszystko dzieje. A po konwencji ruszymy w Polskę!

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Widzi więc pan AgroUnię i samego siebie w Sejmie?

Nie wiem, czy zaskoczę, czy nie, ale nawet sobie tego nie wyobrażałem. Ale też nie wyobrażam sobie, żeby ludzi AgroUnii nie było w Sejmie. Nie Sejm jest naszym celem, a załatwienie spraw, ale Sejm jest po prostu pewnym mechanizmem, gdzie te sprawy się załatwia. I to musimy zrobić. Wiele osób nie docenia nie tylko Michała Kołodziejczaka, ale w ogóle AgroUnii, która dzisiaj jest największą w Polsce siłą pozaparlamentarną. Nic innego nie ma. Przyzwyczailiśmy się, że nie powstają nowe ruchy, nowe twory. Przez lata byliśmy świadkami tego, jak Ruch Narodowy - jakże potężny, z wielkimi tradycjami w Polsce - i ruch wolnościowy nie mogły dostać się do Sejmu.

AgroUnia uważa się za ruch protestu? Politolodzy mówią, że w każdych wyborach jest ruch protestu.

Na mnie to określenie ani nie robi wrażenia, ani nie boli. Każdy ma prawo do oceniania czy krytykowania. Ale cały nasz ruch protestu wziął się przede wszystkim z odpowiedniej diagnozy tego, co się dzieje. Myślę, że politolodzy i analitycy nie potrafią dobrze rozszyfrować, że wszystkie działania, które podejmowaliśmy, były bardzo celne. To nie był tylko protest dla protestu. To był protest po bardzo dobrej diagnozie i bardzo dobrze zorganizowany. AgroUnia jest siłą protestu, która potrafiła przetrwać przez długi czas. W międzyczasie był np. ruch Pawła Tanajny, który po kilku miesiącach zamarł, bo nie było koncepcji, nie było pomysłu. Strajk Kobiet też jest dzisiaj w trumnie, Marta Lempart jest niewidoczna, jej po prostu nie ma, zostawiła dziewczyny.

Tu będzie krew, pot i łzy - mówił niedawno minister Henryk Kowalczyk o transformacji energetycznej Polski. Pan się z tym zgadza?

Ciężko wywnioskować, w jakim kontekście on to w ogóle powiedział. Ta transformacja jest związana z Zielonym Ładem, który będzie wprowadzany w całej Unii Europejskiej. Spytałem jednego z ekspertów, do czego można porównać te zmiany, które nadciągają nie tylko nad Europę, bo to jest takie porozumienie amerykańsko-europejskie. On stwierdził, że można to porównać do rewolucji przemysłowej.

U mnie od razu się zapaliły lampki i myślę, że jeżeli oni nie zrobią nic, żeby dać Polsce więcej czasu, to będzie to krew, pot i łzy, ale dla polskich rolników, pracowników, przedsiębiorców i tak naprawdę dla całego społeczeństwa. Musimy wiedzieć, w jakim punkcie jesteśmy. Wchodząc do Unii Europejskiej wiedzieliśmy, że jeżeli chodzi o rozwój gospodarczy, jesteśmy ileś lat do tyłu za krajami starej Unii Europejskiej. To one będą teraz nadawały tempo, to one mogą na tym zyskać, a my na tym będziemy mogli bardzo dużo stracić. I jeżeli się nic nie zmieni, to stracimy.

Kto konkretnie?

Od polityków będzie zależało, czy to będzie ich krew, pot i łzy, ich zaangażowanie w dobre wprowadzenie tego wszystkiego, czy to będzie później krew, pot i łzy polskich pracowników, przedsiębiorców, po prostu Polaków. Gdy wchodziliśmy do Unii Europejskiej wiele osób mówiło: wejdźmy, bo wszyscy na tym zyskają, rolnicy zyskają najwięcej. I dziś też mówią, że za transformację dostaniemy odpowiednie pieniądze. Tylko wtedy dostaliśmy najwięcej, ale tak naprawdę do dzisiaj jeszcze nie zrównaliśmy naszej gospodarki rolnej z krajami starej UE. I to były krew, pot i łzy polskich rolników przez 15 lat.

Jaka powinna być ta transformacja? W Polsce to słowo różnie się kojarzy.

Na pewno nie może być taka, jak była w latach 90. Pamiętam, a raczej czułem tamtą transformację jako dziecko. Nie wiedziałem, dlaczego tak się dzieje, dlaczego jest problem z pieniędzmi, problem z prowadzeniem gospodarstwa, dlaczego wujkowie, razem z innymi grupami rolników, jeździli bronić gospodarstw przed komornikami. Wtedy za transformację najwięcej zapłacili zwykli ludzie.

Jeżeli ja słyszę więc pytanie, jaka dzisiaj ma być transformacja, to przede wszystkim taka, żeby nie zapłacili za nią zwykli obywatele. Z uwzględnieniem wszystkich zmian, które są tam zaplanowane, musi być wprowadzona w sposób naturalny, a wręcz powolny, żeby kolejny raz społeczeństwo, ci ludzie, którzy najwięcej pracują - prowadzący małe firmy, małe gospodarstwa, pracownicy - nie stali się ofiarami.

Czytaj więcej

AgroUnia i jej lider nie zamierzają się ograniczać do obrony interesów rolników i mieszkańców prowin
Kołodziejczak - samotny wilk walczący z PiS

Premier Morawiecki mówi, że ta transformacja ma być sprawiedliwa. Wierzy mu pan, że tak będzie?

Ja bym tutaj użył innego słowa - uczciwa. Uczciwa transformacja to taka, która będzie uwzględniała interes wszystkich. I nie ma tak naprawdę takiego bytu w Polsce, który by tego przypilnowała. Nie ma takiej grupy politycznej, która stanęłaby ramię w ramię z ludźmi - poza AgroUnią, która to zapowiada -

i by to wszystko kontrolowała. Oni mówiąc „sprawiedliwa” pokazują, ze nauczyli się rzucania ludziom haseł, bon motów, ale wiedzą, że ich nikt nie skontroluje.

Ja nie wierzę w te zapowiedzi, bo za nimi nie idą odpowiednie decyzje. Już dzisiaj widzimy to na przykładzie chociażby rolnictwa czy małych przedsiębiorstw. Mało kto w Polsce wie, że będziemy musieli poza sprawozdaniami finansowymi na koniec roku wypełniać sprawozdania klimatyczne - czyli wszystkie inwestycje rozliczać w zgodzie z tym, czy są dobre dla klimatu, czy złe. Jeśli dziś nikt nie mówi o tym ludziom, żeby przygotowywali swoje firmy do dobrych inwestycji za 3-4 lata, to już to jest nieuczciwe i niesprawiedliwe. Za chwile prawa do emisji będą także obowiązywać też w budownictwie i transporcie – to wszystko wpłynie na ceny i będzie rujnować budżety domowe Polaków.

Tak jak mówiłem, AgroUnia jest ogólnie kojarzona z rolnictwem w tej chwili. Czy może rzeczywiście zostać rzecznikiem wszystkich pracowników, pracodawców, ludzi, którzy mogą stracić na tej transformacji?

Jest to bardzo możliwe - i my to zrobimy. I dla tych, którzy obserwują nasze działania, wcale nie będzie to dużym zaskoczeniem. W naszym macierzystym środowisku pokazaliśmy, że potrafimy poukładać cały przekaz i działać skutecznie, a można to teraz przenosić na inne obszary i pokazywać tę skuteczność gdzie indziej. Już dzisiaj mamy kontakt z innymi organizacjami czy związkami zawodowymi, które są szeroko zainteresowane nie tylko współdziałaniem z AgroUnią, bo to jest mało, tylko tworzeniem wspólnych podmiotów, razem z nami. Albo też tworzeniem jednego wspólnego podmiotu, by pilnować spraw istotnych dla Polaków.

Lewica czy Szymon Hołownia nie przypilnują tego, by uczciwa transformacja uwzględniała wszystkich?

Nie da się porównać dzisiaj Michała Kołodziejczaka i Andrzeja Leppera. To są dwie różne osoby, które jednak mają też wiele wspólnego

Michał Kołodziejczak

Mam do nich jeden bardzo poważny zarzut: mówią „transformacja tak, za wszelką cenę”. Nieważne, co będzie się działo, musi być wprowadzona jak najszybciej. Jadąc na tę rozmowę słyszałem w radiu o wspólnych założeniach przywódców europejskich, by najlepiej do 2030 r. zrezygnować z węgla. Są kraje, które będą mogły sobie na to pozwolić, a są takie, którym będzie to zrobić bardzo ciężko, w tym Polsce z jej obecnym miksem energetycznym. Trzeba się zastanowić, czy na przykład nie da się tego sprawiedliwie, uczciwie rozłożyć w czasie, żeby to było uczciwe dla ludzi.

AgroUnia mówi, że chce odbić PiS-owi wieś, z drugiej strony idzie pan do nowego ministra rolnictwa, doświadczonego polityka i mówi pan, że udaje się rolnicze sprawy załatwiać. To nie sprzeczność?

No właśnie nie ma tu sprzeczności. Jeżeli są ludzie na pewnych stanowiskach, odpowiedzialni za załatwianie spraw i wprowadzenia zmian, to trzeba z nimi rozmawiać; wskazywać, co trzeba robić. My tego nie robimy dla polityków, tylko dla ludzi, a z drugiej strony mamy określone jasne cele. Nie chcemy chodzić, prosić i umawiać się na spotkanie, które będzie przekładane albo skracane, tylko my sami chcemy decydować.

Przekonuje pana nominacja na ministra i wicepremiera Henryka Kowalczyka? To znak, że PiS bierze teraz rolnictwo na poważnie?

Nie, oni pokazali przez sześć lat, że nie biorą rolnictwa na poważnie. Dzisiaj jeżeli ktoś nawet dałby się wyprowadzić w pole i uwierzyłby w to branie na poważnie, to pierwsze decyzje i spotkania pokazują, że oni nie mają do końca pojęcia o tym, jakie zmiany wprowadzać. Bo z jednej strony są zapowiedzi o holdingu spożywczym, a na spotkaniu z Kowalczykiem słyszymy, że to ma być tylko i wyłącznie jakiś fundusz, uruchamiany od czasu do czasu. A ludzie sobie wyobrażają fabryki. To już jest niesprawiedliwe.

Ale chyba jest jasne, że z ministrem Kowalczykiem rozmawia inaczej niż z ministrem Pudą.

Minister Kowalczyk może się bardzo mocno przeliczyć. Ja na pierwszym spotkaniu zachowałem duży dystans do ministra. Uważałem, że to powinna być bardziej rozmowa zapoznawcza, aniżeli rozmowa o konkretnych rzeczach i konkretnych działaniach. Mimo że nie ma czasu, to jednak często ułożenie relacji w odpowiedni sposób od samego początku będzie skutkowało właśnie szybkością załatwiania spraw. A wiele związków czy organizacji rolniczych nauczyło się, że trzeba iść do ministra i wypłakać się, opowiedzieć wszystko. Nie, to nie tędy droga. Z ministrem Kowalczykiem nie będzie trudnej rozmowy. Trudna rozmowa będzie jedynie z całym PiS- em, bo tutaj widać bardzo mocną linię polityczną, którą oni mają. A ona mi nie pasuje. Mam swoją.

A czuje pan, że to pan stał za odwołaniem ministra Pudy? Bo można stwierdzić równie dobrze, że taka tez to tylko ciekawy konstrukt medialny.

Uważam, że gdyby nie AgroUnia, Puda byłby ministrem jak tylko długo by trzeba było. Mówi się został zmieniony w trakcie rekonstrukcji. Ale przecież była tylko zmiana dwóch czy trzech ministrów. Co to za rekonstrukcja w takim rządzie?

Ale mało kto zwraca uwagę na to, że Puda nie przestał być ministrem, tylko PiS przeniósł go gdzie indziej (został szefem resortu funduszy i polityki regionalnej – red.). Tutaj jest duża zasługa AgroUnii, bo politycy PiS-u nie mogli sobie pozwolić na to, żeby pokazać, że się przyznają do błędu aż tak i go po prostu wyrzucić.

AgroUnia już od wielu miesięcy mówiła o cenach i jakości żywności. Dopiero teraz temat ten poruszają inne siły polityczne. Skąd ta intuicja?

To nie intuicja tylko wiedza na temat tego, co dzieje się w polskim rolnictwie. Jeżeli gospodarstwa się zamykają, produkcja żywności jest niepewna, supermarkety ograniczają kupowanie polskiej żywności, a obstają przy tej zagranicznej, to my wiedzieliśmy co będzie, jeżeli np. zagranica zacznie podnosić ceny. Jasnym było, że te ceny wcześniej czy później będą musiały pójść w górę. Ja mówiłem, że to będzie się działo bardzo szybko i że nikt się tego nie spodziewa. I faktycznie: dzisiaj jesteśmy świadkami podnoszenia cen nie tylko żywności, ale także innych produktów, których w Polsce brakuje. Tym będzie skutkowało wyrzucanie z kraju produkcji. Kiedyś Polska stała produkcją, a dziś tak nie jest. AgroUnia – za co dziękuje bardzo moim kolegom i koleżankom – ma dzisiaj monopol na opowiadanie o tych sprawach. A one coraz bardziej interesują Polaków.

Ale po wejściu do Unii eksport żywności się zwiększył.

Eksport żywności jest duży, ale trzeba też spojrzeć na to uczciwie i zauważyć, że import jest nieewidencjonowany. Do końca nie wiemy, ile czego jest przywożone, bo nie ma żadnych metod, które dobrze by to liczyły. Wywozimy dużo bardzo dobrej jakościowo żywności, która jest pożądana na świecie, a przywozimy dużo śmieci, które są później sprzedawane Polakom i jesteśmy do tego wszystkiego powoli przyzwyczajani.

Nasza żywność, ta wywożona, jest droga, ale tylko i wyłącznie dlatego, że jest sprzedawana przez pośredników, którzy kupują od polskich producentów. To jest po prostu dorabianie się na biedzie innych i to jest też jedno z naszych głównych haseł - że nie można pozwalać na bogacenie się na biednych ludziach, na ludziach którzy zajmują się produkcją. To jest kraj beznadziejny, którego perspektywa skończy się bardzo szybko, jeśli chodzi o rozwój.

Premier Morawiecki mówi, że Polska wychodzi z pułapki średniego rozwoju. Takie jest jego hasło.

Bo tym może przekonać ludzi - dać im aspirację bycia kimś więcej, że nie będzie średnio; będzie jeszcze więcej. Ale przecież niestety w Polsce nawet większość z nas nie rozumie, co to znaczy klasa średnia i źle to definiuje.

Premier mówiąc o wychodzeniu z pułapki średniego rozwoju pokazuje ludziom jakiś krótkoterminowy, wskazuje, że to będzie za chwilę. To samo widzimy zresztą z drugiej strony. PiS jest teraz przy władzy, więc musi mówić, że już za chwilę, jeszcze trochę i będziemy wchodzić na wyższy poziom. Tak samo dzisiaj opozycja mówi: jeszcze chwilę, poczekajcie, będziemy mieć lepsze sondaże, uwierzcie. To jest takie granie na czas jednych i drugich. A tu trzeba zdrowo na to wszystko spojrzeć. I co? Nie dzieje się w Polsce nic, co by wskazywało na to, że wyjdziemy z tej pułapki średniego rozwoju. PiS rozbudził nadzieje i aspiracje niższej klasy średniej – i już wie, z tej obietnicy nie dowiezie. Zrobimy to my.

Według pana krokiem do tego jest większa regulacja rynku? Może nie zerwanie z kapitalizmem, ale jego przebudowa?

Jeżeli dzisiaj zostawimy rynek sam sobie, to nie da się tak zrobić eldorado. Zawsze jest coś takiego, jak produkty strategiczne. Jest takie powiedzenie, że jak chcesz przejąć dany kraj, to odbierz mu produkcję żywności i produkcję energii.

To, co teraz powiem, nie jest pesymistyczne, tylko realistyczne. Jeśli chodzi o produkcję energii, to gdzieś nam zaczyna ona być podbierana, bo mówi się, że ta, którą my posiadamy, jest po prostu niedobra i musimy jak najszybciej z niej zrezygnować. Jeżeli nawet tak jest, to głównym celem państwa powinno być, by na zmianie, właśnie na tej transformacji energetycznej, nie ucierpieli zwykli obywatele. A ludzie nawet nie do końca zdają sobie sprawę, co to będzie ta transformacja znaczyła, np. że niemożliwe będzie odliczenie od podatku rachunku za prąd, który będzie pochodził z elektrowni węglowych. Bo okaże się, że Unia Europejska przyjmie całkiem inne zasady i w Polsce jest zły miks energetyczny, który nie będzie rekompensowany w żaden sposób.

Skoro mówimy o gospodarce i rynku. Czy uważa Pan, że to pracodawcy powinni mieć możliwość czy nawet obowiązek sprawdzania statusu szczepień?

Uważam, że PiS chce przerzucić na pracodawców odpowiedzialność . To jest niedopuszczalne i pokazuje, że PiS buduje państwo słabe, które ma być jedynie stróżem nocnym. Nie zdaje sobie sprawy, że przyzwolenie pracodawcom na tak wielką władze nad ludźmi może skończyć się bardzo źle. Już i tak nie ma symetrii w relacjach pomiędzy pracownikami a kapitałem. To co proponuje PiS jeszcze tą asymetrię pogłębi. Nie wyobrażam sobie, żeby pracodawca mógł pytać o stan zdrowia, o zaszczepienie. Potem kończy się tak, że pytają – i to bez poczucia obciachu - nasze kobiety na rozmowach rekrutacyjnych czy planują zajście w ciąże. A to jest już skandal i ja się na to nie zgadzam

Poprzednio transformacja miała swoje ikony. Miała Leszka Balcerowicza i Jeffreya Sachsa z jednej strony, z drugiej Andrzeja Leppera. Jak widzi pan dziedzictwo tego drugiego? Niektórzy dziennikarze, komentatorzy przypisują pana do tego nurtu.

Tak, bo  Andrzej Lepper to człowiek, który chcąc nie chcąc był i jest utożsamiany bardzo mocno z polską wsią. I u mnie to pragnienie reprezentowania polskiej wsi też jest. Ale bardzo często odbieram to jako chęć takiego zaszufladkowania, ubrania mnie w buty twórcy Samoobrony. Nie da się porównać dzisiaj Michała Kołodziejczaka i Andrzeja Leppera. To są dwie różne osoby, które jednak mają też wiele wspólnego.

Niektóre metody są jednak porównywalne.

To jest to, co zaczynają doceniać inne związki zawodowe, które mówią, że potrafimy o siebie zawalczyć. Andrzej Lepper to był ostatni człowiek w Polsce, który potrafił to robić aż tak skutecznie. I akurat złożyło się, że był to rolnik, reprezentował rolników. Ale też są czasy całkiem inne, więc tego nie da się przyrównać.

Swoją drogą, czy AgroUnia to siła ludowa, lewicowa, nacjonalistyczna, lewicowa? Czy to w ogole ma dla pana znaczenie, do jakiej szuflady jest pakowana?

Siła ludowa z wrażliwością lewicową, a znowu z prawicowym przywiązaniem do własności prywatnej czy wręcz takim prawicowym przywiązaniem do wartości - do takich rzeczy, które bardzo często są jednak dzisiaj w polskiej polityce pomijane. Uważam, że nic się tu z niczym nie wyklucza. Ale niektórzy też mówią - i coś w tym musi być - o przywiązaniu do polskości, takim nacjonalistycznym sznycie AgroUnii. Źle się to słowo kojarzy, ale my się go nie boimy. Nie można się bać tego, że musimy przede wszystkim myśleć o sobie, o naszym kraju, o Polsce.

Mój ojciec nauczył mnie m.in. tego, że jeżeli wychodzę do pracy związkowej, publicznej to po pierwsze nie mogę porzucić własnego gospodarstwa i zarabiania. - Nie będziesz miał swojego, to tobie nikt nic nie da, po prostu stracisz fundament – mówił. To tak samo jak z Polską.

Rodzina jest dla pana wzorem? Ktoś z niej w przeszłości działał w podobny do pana sposób?

Mój pradziadek był nauczycielem, angażował się w życie społeczne, uczył młodzież chodząc od domu do domu i w pewnym momencie zobaczył, że to nie może tak funkcjonować, że trzeba zbudować szkołę. Wtedy dogadał się z innymi ludźmi, powołali komitet, zbudowali szkołę w jednej miejscowości, później kolejną w drugiej. Uczył w tej szkole, ale ciągle prowadził też gospodarstwo. Dziadek również był człowiekiem zaangażowanym społecznie. Był radnym przez kilka kadencji i sołtysem. Widziałem, jak bardzo się poświęcał, angażował w budowanie dróg, w załatwianie różnych rzeczy, przekonywania urzędników. A mój ojciec, człowiek, który o polityce najchętniej by nie rozmawiał, miał po prostu dość tego po doświadczeniach swojego ojca, a mojego dziadka. Widział, ile to pochłania czasu i zawsze mówił: będziemy mieć swoje, będziemy pracować, to wtedy wiemy, na czym stoimy.

A co spędza Panu sen z powiek? Jak Pan definiuje swoje największe wyzwanie?

Jest bardzo ważne, żeby ludzie potrafili uwierzyć, że można coś zrobić. Dzisiaj widzimy dużą część społeczeństwa, która mówi: no tak, ja bym chciał, żeby ten kraj wyglądał inaczej, ale do końca nie wierzę, że można to tak zrobić...

Co ciekawe, Donald Tusk też mówi, że jego głównym zadaniem po powrocie było to, by w Platformie ludzie uwierzyli, że można wygrać z PiS.

To już można odpowiedzieć, że nie uwierzyli, ale to na marginesie. Jest kilka rzeczy, które mnie martwią. Jeżeli chodzi o produkcję żywności, w ogóle o pracę, to bardzo mnie martwi niedostrzeganie korporacjonizmu. Jednym z naszych celów jest poukładanie w kraju relacji między wielkimi podmiotami, pracodawcami a pracownikami, czyli największą częścią społeczeństwa.

Te rzeczy, które spędzają mi sen z powiek, niestety wiążą się z naszą organizacją. Poprzez pryzmat naszej agrounijnej działalności widzę też to, co może dziać się w kraju. Jeżeli nam się nie uda, to nikt inny tego nie zrobi, ja w to nie wierzę. To jest wymaganie od siebie, często ponad siły, ponad możliwości, ale tylko takim wymaganiem względem siebie samego cos można zrobić, tylko tak można doprowadzić do zmian w Polsce.

współpraca Jakub Mikulski