Widzowie wczorajszych programów informacyjnych zobaczyli wczoraj dwa odległe od siebie obrazki.

Zjednoczona Platforma niesiona sukcesem swojego lidera, który nie poniósł wyborczej porażki i odchodzi w chwale. A także słowa o politycznej przyjaźni i kto wie czy nie autentyczne łzy wzruszenia po przejęciu przez Ewę Kopacz władzy w ugrupowaniu. Wszystko to w nowoczesnej oprawie na dobrze wyreżyserowanej konwencji.

Zdjęcia z konwencji

Impreza PiS w Szczecinie przynajmniej wizualnie nie przypominała zderzenia równorzędnych partnerów. Sala wyłożona boazerią i scena przyozdobiona jedynie ścianką z kampanijnym hasłem wyglądała w najlepszym razie jak tego typu partyjne zjazdy w 2001 r., gdy PiS powstawał i po raz pierwszy wchodził do Sejmu. Nie było na niej jednak tamtego entuzjazmu.

Niemrawa kampania PiS miała się w ten weekend ożywić. Cios zadany przez madrycką eskapadę rzecznika i jego kolegów, sprawił jednak, że partia musiała przejść do głębokiej defensywy. Mimo to wyprowadziła ciosy, które popsuły nieco nastrój na konwencji rywali.

W czasie imprezy PO entuzjazm szeregowych działaczy wywołany kłopotami Kaczyńskiego studzili bardziej doświadczeni kampanijni gracze. PiS przypomniał bowiem o standardach, które kilka lat temu przyświecały również Platformie. Na sali co prawda nie było zasiadającego na ławie oskarżonych Sławomira Nowaka, który formalnie nie należy do partii, a jedynie do klubu. Szef regionu dolnośląskiego Jacek Protasiewicz, znany z lotniskowej wpadki, nie dostał zaś miejsca w pierwszych rzędach, jak inni członkowie zarządu.

W tylnych rzędach snuł się jednak skarbnik Łukasz Pawełek, który po alkoholowej wpadce, sam zadeklarował, że odejdzie z zarządu Platformy. - Wycofuje pan rezygnację? - zagadnąłem. - Zobaczymy - odparł. - To była pochopna decyzja? - Jestem w dyspozycji władz PO - uciął.

Może dlatego premier Ewa Kopacz nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Otoczona wianuszkiem działaczy, pozowała do zdjęć. - Panowie, ale oni tu przyjechali z całej Polski - przekonywała. - My też reprezentujemy całą Polskę - żartowali dziennikarze. - Pogadamy później - uśmiechnęła się Kopacz. Ale sygnały wysłane od jej rzeczniczki do BOR-owców nie pozostawiały złudzeń. Premier, w tym trudnym dla konkurencji dniu, rozmowy nie chciała. Dlaczego? - Wszystko co miała przekazać, powiedziała z mównicy - przekonywała jej rzeczniczka Iwona Sulik.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Tyle, że tam Kopacz mogła mówić, że w PO wszyscy są równi bez względu na funkcje i pozycje, które zajmują. Nie musiała jednak odpowiadać na pytania, dlaczego tej zasady nie widać, gdy problemy mają jej czołowi działacze. Premier nie musi też mierzyć się jeszcze z problemami, które wybuchną ze zdwojoną siłą, gdy skończy się okres politycznej sielanki związanej z pokojowym przekazaniem przywództwa i chwilowym zaspokojeniem interesów głównych graczy.

Wczoraj Donald Tusk pożegnał się z partią, którą stworzył, a impreza była najlepszym odzwierciedleniem jego politycznego dzieła. Świetne marketingowe opakowanie z zachodnim sznytem, na sali wspierający ugrupowanie artyści (choć nie tak jak kiedyś z pierwszych stron kolorowych gazet, ale raczej z drugich planów tasiemcowatych seriali), słowa i symbole, z których żaden nie było przypadkowy. Po prostu precyzyjny polityczno-wizerunkowy przekaz.

Ale nowa premier przejmuje dwie partie. Wokół niej i Tuska siedzieli politycy bez politycznego zaplecza, którzy dołączyli, gdy ta była już u władzy lub wybili się, nie mając pozycji opartej na strukturach m.in.: Michał Boni, Lena Kolarska-Bobińska, Tomasz Siemoniak, Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Małgorzata Kidawa-Błońska.

Ci jednak, którzy tworzyli Platformę, a dziś stoją na czele swoich frakcji, dostali miejsce z boku sceny, w innym sektorze. Wynikało to ze względów organizacyjnych, ale dobrze oddawało to, jak wygląda partia zostawiona przez Tuska.

- Dlaczego premier siedział w otoczeniu artystów i działaczy bez zaplecza, a nie Andrzeja Biernata, Cezarego Grabarczyka, czy Grzegorza Schetyny. Przecież to oni są współtwórcami, "patriotami Platformy", solą tej partii - próbowałem sprowokować jednego z bliskich współpracowników Tuska.

- Ci, którzy wokół niego byli, to też jest sól Platformy. Należało im się to - odparł.

Partyjni baroni też uważają, że im się więcej należy. Czy gdy główny architekt już wyjechał, będą chcieli oddać innym to co razem z nim tworzyli.